Przyjaciele, którzy stworzyli OpenFlow – historia Jakuba i Filipa

Każda marka ma swoją historię. Burger King zaczynał od współpracy Keith G. Cramer’a ze swoim teściem. Twittera (aktualne X) zakładało pięciu przyjaciół, szukając innowacyjnych elementów, których brakowało im w innych aplikacjach. Apple to przedsiębiorstwo powstałe z inicjatywy Steve’a Jobsa, Steve’a Wozniaka i Ronalda Wayne’a w garażu w Kalifornii.

Historie te obrazują, że tworzenie firmy, mając wsparcie u zaufanego partnera biznesowego, daje szansę, aby zbudować coś wielkiego.

“Samemu idzie się szybciej, ale we dwójkę dociera się dalej.”

Jakub i Filip to przyjaciele, których łączą wartości, pasja, a także posiadają wspólny cel. Mają różne doświadczenia i umiejętności, dzięki czemu stworzyli OpenFlow – markę integrującą  środowisko brazylijskiego jiu-jitsu (BJJ) w Polsce. 

Kuba – strateg i pasjonat organizacji

Jakub studiuje zarządzanie na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu i łączy teorię z praktyką. Jego praca magisterska dotyczy właśnie organizacji wydarzeń sportowych, a wiedzę akademicką przekuwa w realne działania – zarówno w OpenFlow, jak i w aktywności studenckiej, m.in. w dziale PR SF BCC, gdzie współorganizował wydarzenie Młody BOSS.

Kuba to człowiek, który lubi wiedzieć nie tylko jak działać, ale też dlaczego. Dlatego rozwija się w kierunku zarządzania projektami – zdobywa certyfikaty, bierze udział w kursach i warsztatach. Poza nauką i pracą jest aktywnym sportowcem, trenuje brazylijskie jiu-jitsu i dobrze rozumie potrzeby środowiska, do którego kieruje działania OpenFlow.

Dla niego marka to nie chwilowy projekt, lecz długofalowa misja – stworzenie wydarzeń, produktów i inicjatyw, które będą wspierać rozwój sceny BJJ w Polsce.

Filip – organizator z żyłką badacza i zawodnik MMA

Filip jest studentem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, gdzie kończy studia magisterskie na kierunku Nieruchomości i Gospodarka Przestrzenna. W OpenFlow odpowiadał m.in. za opracowanie formatu turnieju „Król Maty”, negocjacje z partnerami, kontakty z klubami i sponsorami oraz prowadzenie całego wydarzenia. 

Poza działalnością w OpenFlow rozwija się jako UX Researcher, wiążąc z tą dziedziną swoją przyszłość zawodową. Jednocześnie aktywnie angażuje się w projekty naukowe i społeczne – od badań nad infrastrukturą rowerową we Wrocławiu, przez program Szkoły Liderów Lokalnych, aż po działalność w studenckich organizacjach.

Sport jest jego pasją i stylem życia. Filip jest półprofesjonalnym zawodnikiem MMA i medalistą Mistrzostw Polski w brazylijskim jiu-jitsu. Startuje w zawodach, biega długodystansowo, trenuje siłowo i ciągle wyznacza sobie nowe cele – jak maraton, który planuje pokonać w przyszłości. A poza sportem? Ma też spokojniejsze hobby – philodendrony, krewetkarium i dwa adoptowane koty.

OpenFlow – wspólna droga

Choć Kuba i Filip mają różne zainteresowania i kompetencje, razem tworzą duet, który się uzupełnia. Jeden skupia się na strategii i zarządzaniu projektami, drugi na szczegółach organizacyjnych i kontakcie z ludźmi. Obaj jednak mają wspólny cel: rozwijać OpenFlow tak, by było miejscem, które integruje środowisko brazylijskiego jiu-jitsu i sportów walki w Polsce.

Przed nimi kolejne wyzwania – następna edycja turnieju, cykl seminariów edukacyjnych, a także stworzenie własnej linii odzieży sportowej. Patrząc na to, co osiągnęli do tej pory, jedno jest pewne: OpenFlow to projekt, w którym energia przyjaźni spotyka się z profesjonalizmem, a pasja – z ambicją.

„Najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie.” ~ Peter Drucker

To moim zdaniem najlepsze słowa, które opisałyby sposób, w jaki powinno podchodzić się do kreowania rzeczywistości. Człowiek, jako stworzenie stadne przez lata swojej egzystencji musiał wypracować system, który pozwoliłby mu przetrwać, a także w pewien sposób ustrukturyzować zachowania – wytworzyć system podejmowania decyzji. Od prostych form feudalnych lub absolutnych po pierwsze próby demokratyzacji społeczeństw, człowiek doszedł do momentu, w którym musiał wytworzyć drzewo decyzyjne nawet dla bardzo małej grupy odbiorców.

Ewolucja systemów decyzyjnych

Lata opracowań, liczne rozważania, a także próby weryfikacji teorii sprowadziły ludzkość do bardzo interesującego rozwiązania –wręcz, że infantylnego. A co gdyby oddać władzę w sposób całkowity i równy wszystkim członkom danego „ośrodka”? Wydaje się, że to iście chaotyczne i raczej mało rozsądkowe podejście może być remedium na bolączki, z jakimi mierzy się człowiek w XXI wieku. „Mieć ciastko i zjeść ciastko” – wydaje się to być wręcz niemożliwa do zrealizowania koncepcja, jeśli chodzi o kwestie związane z zarządzaniem.

Koncepcja organizacji turkusowej

Jednak w 2014 roku, Frederic Laloux opisał i zaprezentował koncepcję organizacji turkusowej. Już w drugiej połowie XX wieku pojawiały się propozycje stworzenia czegoś na jej wzór, jednak nikt nie podjął się tego zadania. Nazwa takiego systemu też nie jest przypadkowa.

Kolory systemów zarządzania

Generalnie, każdy etap w naszej historii ma swój kolor. Stanowiło pewnego rodzaju „legendę” dla uproszczenia poruszania się po wszystkich „zakrętach” jeśli chodzi o systemy zarządzania.

Czerwony

Jako kolor bazowy przyjęto barwę czerwoną – początki tego koloru możemy doszukiwać się, od kiedy ludzkość zaczęła się kreować jako komórka społeczna (grupa ludzi obejmuje również kręgi rodzinne). Były to proste formy władzy, oparte na prezencji siły.

Bursztynowy

Kolejnym etapem był kolor bursztynowy – obejmuje planowanie średnio i długookresowe, a nie życie z dnia na dzień i zaspokajanie tylko najbardziej bieżących potrzeb.

Pomarańczowy

Następnym kolorem ujawniającym się na historycznej mapie jest pomarańczowy. W tym miejscu wchodzimy w materię, której nie da się zobaczyć. Są to innowacje, merytokracje (honorowania za zasługi lub umiejętności), a także odpowiedzialność.

Zielony

Kolejnym omawianym kolorem jest zielony. Z kolei dotykamy zagadnień, które najtrudniej zmierzyć. Mowa bowiem o uczuciach – wszystkie spojrzenia na dany problem zasługują na szacunek i rozpatrzenie. W zielonych organizacjach jest jednak konflikt interesów, rozbijający się o władzę i wpływy. Każda z nich zakłada, że musi być jakiś oficjalny zwierzchnik, że powinien istnieć system nagród i kar, który ma być tzw. motywatorem.

Turkusowy

Dlatego ostatnim w tej palecie kolorów jest właśnie turkus. Jest to przejaw harmonii, wolności i braku ograniczeń mające płynny charakter, dostosowany do wszystkich członków, których ona obejmuje.

Koncepcja organizacji turkusowej określa kilka paradygmatów, wśród których należy wymienić:

Hierarchia czy jej brak?

Każda struktura organizacyjna jaka do tej pory była prezentowana, posiada swoja hierarchiczność na kształt drzewa, które ma więcej lub mniej „gałęzi”. Organizacja turkusowa przypomina świeżo przycięty trawnik. Nie ma wyraźnego szefa a wszystko oparte jest na równości, zaufaniu i lojalności. Samoorganizacja i samozarządzanie to przysłowiowa „marchewka i kij”.

Jeśli każdy członek organizacji ma motywację żeby być jej częścią, to jest skory do większego zaangażowania, a także jest w stanie więcej poświęcić, gdy przychodzi cięższy czas. Jednak, w parze musi iść zapewnienie, że włożony wysiłek jest odpowiednio wynagradzany. To jest piękno, a zarazem przekleństwo tej metody, jednak ma ona niezwykle duży potencjał – szczególe w obecnych, dynamicznych czasach.

Myślę, że w tym krótkim tekście udało mi się przybliżyć wam koncepcję, która obecnie jest sprawdzana w coraz większej ilości firm oraz innych podmiotach gospodarczych. Wracając do cytatu, którego użyłem na początku – lepiej kreować, niż być kreowanym.

Karol Myćka

Była członkini SF BCC, absolwentka SGH, ekspertka marketingu, która współpracowała z wieloma luksusowymi markami. Aktualnie działa w ramach swojej firmy INZPIREA i stworzyła kurs „Mindful Brand Management”. Zapraszamy do lektury wywiadu z Agnieszką Smektałą.

Czy mogłabyś podzielić się z nami dobrymi praktykami na budowanie marki osobistej już na studiach? Jak Ty zaczynałaś? 


Z perspektywy czasu, myślę, że najwięcej na studiach dała mi praca w SF BCC, a później kontynuacja w AIP. To była kopalnia doświadczeń, budowanie relacji z niesamowitymi ludźmi, którym „chciało się chcieć”. Mieliśmy nieograniczonej możliwości, wolność kreacji, tworzenie projektów i budżetów szytych na miarę naszych pomysłów. Bycie częścią BCC otwierało wiele drzwi do współpracy z markami – potencjalnymi sponsorami. Było nam łatwiej zwrócić na siebie uwagę dużych graczy, BCC dawało nam wiarygodność. Członkowie BCC stanowili także ciekawą grupę dla wielu marek. Działał efekt aureoli – to zainteresowanie naturalnie emanowało także na członków SF BCC. Jedną z moich funkcji był fund raising. Udało mi się wspólnie z zespołem pozyskać wielu ciekawych sponsorów np. NBP czy Tag Heuer.

Jeśli chodzi o budowanie marki osobistej, dziś mamy możliwość dzielenia się swoją energią w social mediach, w podcaście, w ebooku. Za moich czasów w SF BCC takie media nie były dostępne. Markę osobistą budowałam nieświadomie, intuicyjnie w oparciu o relacje z ludźmi, w oparciu o sukces projektów, które realizowaliśmy. Mówi się, że ludzie zapomną, co mówiłeś, ale nie zapomną, jak się przy Tobie czuli. Uważam, że budowanie autentycznych relacji z innymi niesamowitymi kreatorami to jest filar, który buduje wartość naszej marki. Drugim takim filarem jest doświadczenie, które zdobywamy współpracując z innymi. Nasze osiągnięcia to marka sama w sobie. Po trzecie to mindset – otwartość na rozwój, świadomość wartości jakie się wyznaje i bycie w nich autentycznym. Dopiero na takim filarze możemy oprzeć narzędzia budowania marki np. tworzenie inspirujących treści na social media, zbieranie materiałów na publikację, ebook, podcast, tworzenie muzyki, sztuki itp. Ważne jest znalezienie środka wyrazu, ekspresji, który faktycznie jest z nami spójny. Daje nam radochę. Finalnie to narzędzie także jest ważnym elementem – abyśmy o sobie, o swojej marce jednak światu opowiedzieli. Choć pisanie wierszy do szuflady też mogłoby być swoistym manifestem własnej marki… 😊

Jak wyglądała Twoja droga od SFu do ekspertki marketingu. Skąd decyzja o tym, aby zajmować się luksusowymi markami?


Dostałam się na studia na SGH. Na auli spadochronowej na odbywały się targi organizacji studenckich. Zaczepił mnie Mariusz Turski i zaczął opowiadać o SF BCC. Postanowiłam dołączyć do organizacji. Od początku interesował mnie temat fundrisingu i współpracy z markami. Postrzegałam marki, jako fascynujące światy, do których zapraszani jesteśmy my – konsumenci, współpracownicy. Praca z markami sponsorskimi w SF BCC, dbałość o to, aby były zainteresowane współpracą z nami, aby były zadowolone, aby widziały w naszej współpracy wartość i wracały do nas, aby uczestniczyć w kolejnych projektach – to mnie kręciło. Decyzja o dobrach luksusowych zakiełkowała we mnie na 1 roku studiów, gdy dowiedziałam się o organizacji CEMS (cems.org – zarządzanie międzynarodowe, program wymiany studenckiej), którego partnerem było LVMH – Moët Hennessy Louis Vuitton (www.lvmh.com) największy na świecie koncern dóbr luksusowych. Kiedy dowiedziałam się, że takie marki jak LV, Dior, Fendi, Bvlgari, Hennessy znajdują się w jednej organizacji to rozpaliło moją wyobraźnię. Pomyślałam, że właśnie w takim świecie najbardziej chciałabym sprawdzić moje umiejętności zdobyte na uczelni. Na rozmowie kwalifikacyjnej rekruter w Londynie zapytał mnie, jakie kreatywne projekty do tej pory prowadziłam. Moja opowieść o Gali Młodych Liderów – od konceptu, przez pozyskanie sponsorów po realizacjię, zrobiła duże wrażenie i wiem, że była to jedna z ważnych cegiełek, które pozwoliły mi się dostać do pracy moich marzeń. A zaczęłam pracę dla koncernu właśnie w Londynie, później w czeskiej Pradze i Warszawie

Jak sądzisz jak i gdzie szukać pomysłu na siebie?


Najważniejsze to być otwartym tzn. mieć otwarte serce i głowę na poszukiwania i nie bać się podążać za intuicją, czasem pod prąd. Ważne jest zdobywać doświadczenie w dziedzinach, które nas magnetycznie przyciągają. W moim przypadku to były start upy, kreatywność, przedsiębiorczość, marketing emocji, dobra luksusowe, a z czasem także szeroko pojęty well-being.

Ważne jest także dbać o dobrą kondycję psychiczną i fizyczną. Bo kiedy jesteśmy przemęczeni, dużo ciężej o pozytywne nastawienie i świeże pomysły. Dlatego ważne jest dbanie o balans. Jeśli od dłuższego czasu czujemy się przemęczeni, zestresowani, to przed zadaniem sobie ważnych pytań dotyczących naszego rozwoju, warto spróbować się wyluzować np. potańczyć do ulubionej piosenki, pójść na spacer, porozmawiać z przyjaciółmi, pójść na masaż. Dla mnie przełomowe było proste ćwiczenie. Usiądź w spokojnym miejscu, weź kartkę i wymieć momenty kiedy jesteś szczęśliwy. Co daje spontaniczny uśmiech na Twojej twarzy? Co lubiłeś robić jako dziecko? Wypisuj jak najwięcej się da. A potem sprawdź, ile z tych spisanych na kartce momentów masz obecnie w życiu – w szkole , w pracy. Jeśli dużo – gratuluję, jeśli mało -to znak ostrzegawczy, że trzeba cos zmienić. Nasza radość to paliwo rakietowe dla naszych marzeń i dla naszego rozwoju.

Ja sama od kilku lat eksperymentuję z wprowadzaniem w życie koncepcji „slow life – slow business”. Swoje odkrycia opisałam w książce, którą wydałam samodzielnie dzięki crowdfundingowi. Nosi tytuł „Kosmiczna Księga Duszy”. Wiele dobrego do mojego życia zawodowego wniosła praktyka medytacji. Jestem osobą bardzo dynamiczną. Długie siedzenie w kwiecie lotosu nie byłoby dla mnie. Z namiętnością uprawiam „mindfulness microdosing”. Chwytam cenne chwile doładowania w ciągu dnia – np. patrzę w chmury, przytulam się do partnera, podziwiam dym znad kadzidła, delektuje się zapachem kawy przed wypiciem. Te mikro momenty ładują mnie na cały dzień, co przekłada się na zadowolenie i efektywność w pracy.

To chyba dobry moment, aby wspomnieć o stworzonym przez Ciebie seansie „Mindful Brand Management. Jaką wartość niesie seans i kto powinien wziąć w nim udział?


Biznes to wkręcająca gra. Łatwo zapędzić się jak chomik w kołowrotku. Wiem to z autopsji. Bycie mindful w biznesie to dla mnie między innymi umiejętne dobieranie tempa. Jeśli uprawiamy maraton i sprint jednocześnie, wypalenie gwarantowane, a wtedy brak i zadowolenia i wyników.  Seans „Mindful Brand Management” to przestrzeń twórczego anty-pędu. To Twój osobisty inkubator pomysłów na rozwój siebie i marki.

Seans jest dla osób, które chcą skrystalizować pomysły na rozwój nowej marki lub chcą wprowadzić zmiany w działającej marce. Seans jest także dla tych, którzy czują, że czas zerwać z zawodową rutyną i poszukują nowych pomysłów na swój rozwój zawodowy. Z uwagi na moją ścieżkę rozwoju, seans także szczególnie przypadnie do gustu tym, którzy interesują się samorozwojem i którzy chcą inspirować się filozofią marek luksusowych w biznesie.

Udział w seansie pomoże Ci odkryć wewnętrznego jednorożca w biznesie (śmiech). Pomoże zerwać z zawodową rutyną, przywraca radość z pracy, a przede wszystkim pomaga wygenerować unikalne pomysły na działanie w biznesie i budowanie unikalnej marki, w zgodzie z sobą. Nie ważne, czy znasz się na marketingu, czy dopiero startujesz w świecie biznesu – „Mindful Brand Management” posługuje się językiem intuicyjnym. Budując scenariusz kursu, czerpałam z moich doświadczeń pracy dla marek luksusowych i lifestylowych. Czerpałam także z mojej prywatnej ścieżki wewnętrznej przemiany. Patrzę na świat holistycznie. Ważnym elementem kursu jest medytacja – która pomaga wznieść się  w wysoki stan ducha przed odpowiedzią na kluczowe pytania biznesowe.

Czym jest ten wewnętrzny jednorożec, o którym mówisz?


Wewnętrzny jednorożec to magia, która drzemie w każdym z nas i którą możemy wykorzystać w życiu zawodowym. Jednorożec ma nieskończony potencjał i lubi tworzyć z serca. Napędzają go marzenia. Kiedy nasz wewnętrzny jednorożec się roztańczy, może nam przynieść wiele zysków: zarówno materialnych jak i emocjonalnych. Z kolei w branży finansowej mówi się o jednorożcach czyli o start upach, które w szybkim czasie osiągają dużą wartość. Dla mnie nasz unikalny talent, ekspresja, autentyzm i biznes łączą się w spójną całość.

Głównym elementem jest tutaj docenienie siebie, swojego unikalnego wkładu w otaczający nas świat. Ważne jest także poczucie, że nasz głos jest ważny i pozwolenie sobie na ekspresję tego, co nam w duszy gra. Zachęcam, aby spojrzeć na własny talent niczym na dobro luksusowe. Nasze talenty wymagają pięknej oprawy. Marka jest dla mnie właśnie taką oprawą. Szlifujemy wewnętrzny diament, a potem lśnijmy – prywatnie, artystycznie, czy zawodowo. Każdy z nas może stworzyć markę. Nie zawsze od początku musi ona być nastawiona na cel komercyjny. Można stworzyć markę osobistą, dzieląc się swoją pasją np. poprzez podcast czy ebook. Marka może stać się źródłem zysków emocjonalnych i materialnych. Warto o nią zadbać.

Czy zdradzisz nam, dlaczego wybrałaś formę seansu, a nie np. kursu online? To ciekawe i nowatorskie podejście!


Początkowo zaprojektowałam materiał edukacyjny jako kurs on-line. Szybko zauważyłam, że obecnie wielu moich klientów jest cyfrowo przemęczonych. Dodatkowo część mam-managerów, z którymi pracowałam powiedziały mi, że z pociechami w domu bardzo trudno jest im znaleźć więcej niż 10-15 minut skupienia i samotności wymaganej do koncentracji. Postanowiliśmy wyjść naprzeciw potrzebom. Przeniesienie kursu na wielki ekran tworzy idealne warunki, aby bez rozpraszaczy, bez stresu i presji przez 77 minut widz mógł skupić się na sobie. Do tego dochodzi kwestia atmosfery miejsca. Kino kojarzy się z rozrywką, przygodą, emocjami. Moim marzeniem było, aby edukacja nie kojarzyła się z czymś nudnym, a właśnie z czymś przyjemnym. Ten trend obserwujemy już od pewnego czasu. Nazywa się edutainment (education+entertainment).

Duży wpływ na mój pomysł miało także … SF BCC!  Mariusz Turski i Jacek Aleksandrowicz (założyciele SF BCC) jako inwestorzy Kinoteki zaprosili mnie do obejrzenia tego miejsca. W tym samym czasie premierę miał stworzony przeze mnie wirtualny kurs budowania marki. Zwoje się naturalnie połączyły – dlaczego kursu nie przedstawić w wersji kinowej? W dobie osób cyfrowo przemęczonych, perspektywa udziału w kurso-seansie wydaje się być obiecująca, prawda?

 A może chciałabyś coś jeszcze dodać?


Bilety można kupić tutaj: bit.ly/kinoteka_MBM

Każdy uczestnik otrzyma ebooka z notatkami i dodatkowymi zadaniami. Zakup biletu na kurs jest jednocześnie wsparciem Kinoteki, która wraz z nowymi właścicielami stara się przywrócić świetność tego kultowego miejsca na mapie Warszawy.

Osoby, które wolą wersję wirtualną zapraszam na stronę www.ambasadainspiracji.com

Zapraszam do kontaktu ze mną na linked-in lub na Instagramie @inzpirea

Zachęcamy również do przeczytania wywiadu Agnieszki dla Vogue Polska:
https://www.vogue.pl/a/aga-smektala-luksus-wchodzi-w-xxi-wiek

Kilka słów wstępu o ekspercie:

Artur Lewandowski – Owner Middle Side Knowledge Manager AIP, konsultant biznesowy. Aktywny przedsiębiorca, prowadzi dwie firmy w branży muzycznej, posiada duże doświadczenie w szkoleniach dla biznesu. Dodatkowo z pasji dzielenia się wiedzą doradza startupom AIP. Człowiek tysiąca talentów: nagrywa muzykę, pisze książki, podróżuje i zawsze chce wiedzieć więcej. Rozmowę z nim miał przyjemność poprowadzić Łukasz Maciejak, Menedżer Pionu Fundraisingu Studenckiego Forum Business Centre Club. 

Łukasz: Dzień dobry Arturze! Bardzo się cieszę, że zgodziłeś się ze mną porozmawiać i podzielić się swoją wiedzą. Może zacznijmy od początku. Opowiedz, proszę o swojej pierwszej działalności gospodarczej. 

Artur: Pierwszą działalność założyłem w 2008 roku, czyli miałem 22 lata. Interesowałem się wtedy wieloma obszarami, ale żeby było śmieszniej tym akurat nie. Zostałem handlowcem w doradztwie finansowym. I tam, muszę przyznać, zrobiłem tak naprawdę karierę w ekstremalnym czasie. Zacząłem bardzo szybko być managerem, prowadzić swój zespół sprzedażowy i wspólnie otwieraliśmy biuro w Warszawie. To było takie moje pierwsze doświadczenie z większym biznesem.

Łukasz: A gdybyśmy się cofnęli do tego momentu, kiedy miałeś 20 lat? Czy myślałeś wtedy, że chcesz się specjalizować w konkretnej dziedzinie, czy może będziesz chciał postawić na interdyscyplinarność? 

Artur: Moja historia to nie jest typowe success story. Zakrętów na mojej drodze było wiele. Gdybyśmy się mieli poznać, kiedy miałem 20 lat to pewnie poznalibyśmy się na jakiejś imprezie. W tym czasie byłem mocniej zaangażowany w artystyczną działalność i po prostu chciałem być artystą. To był mój pomysł na życie. Miałem jednak wtedy też  w sobie dużo ambicji, aspiracji, i starałem się rozwijać szeroko, interdyscyplinarnie. Czytałem dużo o biznesie i marketingu, i o filozofii, psychologii, i wiele więcej. Wychodzę z założenia, że ten początkowy okres dorosłego życia jest świetny na to, aby próbować miliona rzeczy. Ludzie bardzo wcześnie chcą decydować, że zostaną lekarzami, prawnikami czy przedsiębiorcami, ale zanim tak naprawdę będziemy w stanie podjąć świadomą decyzję to upłynie wiele lat. Można powiedzieć, że ja swoją drogę znalazłem trochę metodą kałasznikowa, to znaczy strzelałem wszędzie, próbowałem wszystkiego i sprawdzałem w co trafię. Jedne rzeczy mi się podobały bardziej, inne mniej. Sukcesywnie odcinałem te rzeczy, które mi się nie podobały, a rozwijałem te które mi odpowiadały.

Łukasz: Arturze, gdybyśmy zatem chcieli odpowiedzieć na pytanie – specjalizacja, czy interdyscyplinarność? Co jest kluczem do sukcesu? Co się bardziej opłaca w biznesie?

Artur: To zależy. Jeżeli ktoś chce być przedsiębiorcą to bardzo często sprawdza się interdyscyplinarność. To ważne, żeby posiadać wiedzę z wielu różnych dziedzin niezbędnych do prowadzenia biznesu. Jednocześnie warto zaznaczyć, że taki człowiek będzie jednak wiedział mniej niż specjalista. Oczywiście wiele też zależy od tego, jaki prowadzisz biznes. Specjalizacje sprawiają, że mocniej zagłębiamy się w jeden konkretny temat. Znając się na nim lepiej możemy oferować dużo lepsze rozwiązania. Wszystko tak naprawdę zależy od strategii, którą się kierujemy. 

Łukasz: Czy jest coś co może pomóc komuś się dookreślić, w którym kierunku iść, specjalizacji i interdyscyplinarności? 

Artur: Mam tak naprawdę jedną jedyną wskazówkę: zacząłbym od interdyscyplinarności. Lepiej jest szukać swojej drogi na wielu polach. Jeżeli coś Cię zajara tak bardzo, że pozostałe rzeczy wydadzą się nieciekawe, to olej wszystkie pozostałe. Jeśli wybierzesz na początku specjalizację i ona będzie OK, ale bez fajerwerków, to musisz brać pod uwagę, że zostaniesz z tym, ale być  może nie będzie takiej radochy z tego

Łukasz: Wiele decyzji za Tobą, wiele przed Tobą. Jakimi wartościami kierujesz się podejmując  działania?

Artur : Bardzo zwracam uwagę na kilka punktów. Po pierwsze: ekonomia, czy mi się to opłaca. Opłacalność może być różna- finansowa, wizerunkowa, rozwojowa. Przez większość życia unikałem prac, w których płacili mi za godzinę, bo wymienianie czasu na pieniądze nigdy mnie nie interesowało. Chciałem się dowiedzieć czegoś więcej. Byłem w stanie pracować za darmo lub za niewielkie pieniądze, aby się móc uczyć. Po drugie- etyka. Staram się pracować w taki sposób, żeby działania, które podejmuję nigdy nie zrobiły nikomu krzywdy. Nie wyobrażam sobie robić biznes, który jest wyzyskujący dla kogoś. A trzecia jest kreatywność. Nie lubię robić nudnych rzeczy. Lubię czuć wyzwanie i mierzyć się z tym, że muszę zrobić coś, co nie do końca wiem jak zrobić. 

Łukasz: To bardzo cenne uwagi. Na co dzień pracujesz jako Knowledge Manager AIP.  Jak wykorzystujesz swoją wiedzę i doświadczenie w tej roli?

Artur : AIP jest, uważam, super tworem, nie tylko jako fundacja, ale jako taki byt na rynku, który umożliwia ludziom testowanie przeróżnych pomysłów na biznes. Znam wielu biznesmenów, a w AIP spotykam pre biznesmenów, ludzi aspirujących do roli biznesmenów, uczących się podstaw biznesu. Dla mnie zderzenie się z tymi ludźmi, którzy mają fenomenalne pomysły, niesamowitą kreatywność, którzy chcą coś zrobić, znaleźć swój obszar rynku jest bardzo cenne. Bardzo szerokie doświadczenie pomaga przede wszystkim dopasować się do ich pomysłów i przełożyć je na język biznesowy, koszty, przychody, strategie, uprocesowić i zrobić z niego biznes.  

Łukasz: Co radzisz takim pre biznesmenom? Jakiej rady byś udzielił ludziom, którzy chcą wystartować dopiero ze swoim biznesem, a nie mają jeszcze doświadczenia, punktu zaczepienia?

Artur: Najważniejsze, taki człowiek musi poznać podstawowe słowa, czyli przychód, koszty, dochód, marża. Niezależnie od tego jaki biznes chcesz otworzyć najpierw postaraj się zrozumieć ten mechanizm funkcjonowania. Czym jest przychód, czym są koszty, jakie koszty musisz ponieść, jaka jest marża Twoja, którą zarabiasz i dochód jaki możesz osiągnąć. Potem małymi krokami dalej- czym jest rynek tak ogólnie, jak on działa, kto już na nim jest, kto sprzedaje. Jeśli masz innowacyjny pomysł, którego jeszcze nie ma na świecie to warto się zastanowić dlaczego go nie ma, czy jesteś tak genialny i wyprzedziłeś wszystkich czy może ktoś już na to wpadł, ale było zwyczajnie nieopłacalne. Warto poszukać takich informacji w sieci. Świat się zmienia i to trzeba brać pod uwagę, Ty się też zmieniasz. Jest taka anegdota, że Albert Einstein, rozdając swoim studentom egzaminy, kiedy ktoś zwrócił mu uwagę, że to pytania z zeszłego roku, miał odpowiedzieć- Tak, ale odpowiedzi są inne. I trochę tak faktycznie jest. To że 3 lata temu próbowałeś zrobić jakiś biznes i on nie wypalił to nie ma żadnego znaczenia. Możliwe, że dzisiaj zadziała bo Ty jesteś inny lub dlatego, że rynek jest inny. A jeśli chodzi o wbijanie się na rynek to bardzo polecam książkę polskiego biznesmena, Marka Zamysłowskiego Ścigając czarne jednorożce. To zapiski gościa, który zbudował coś fajnego jednocześnie w ekstremalnie trudnych warunkach i zderzając się z totalnie inną kulturą niż ta którą znał. 

Łukasz: Na pewno się z nią zapoznam. Arturze, z czym chciałbyś skończyć naszą dzisiejszą rozmowę? Co chciałbyś przekazać wszystkim czytającym ten wywiad?

Artur: Tak naprawdę jedno: olejcie to co mówią ludzie, włącznie ze mną. Nie ma sensu brać rad od innych ludzi, oni nigdy nie będą żyli Waszym życiem. Mogę Wam powiedzieć co robić, czym się kierować, ale to Wy wstaniecie jutro i będziecie z tym żyć, ze swoimi decyzjami i z krokami, które podejmiecie. Odpowiedzialność. Ty sam decydujesz. Słuchaj siebie. Szukaj swojej drogi. 

Łukasz: To prawda. Pod koniec dnia, kiedy cichnie hałas i rozmowy zostaniemy sami ze sobą.  Dziękuję Ci Arturze za tę bardzo inspirującą rozmowę.

Skoro głównym celem każdego przedsiębiorcy jest zysk i ta fundamentalna prawda nie zmienia się od tysiącleci, to czy jest tutaj miejsce na „etykę? W pierwszym odruchu można się zastanawiać, ale po namyśle odpowiedź jest prosta. Etyka nie przeszkadza, a ten zysk wręcz umożliwia. Działania etyczne w sposób skuteczny i konkretny wspierają maksymalizację długoterminowej wartości dla właściciela. 

Popularne stwierdzenie „Ethics pays” („Etyka się opłaca”) odnosi się nie tylko do zysków, jakie może czerpać przedsiębiorstwo z działań etycznych, ale przede wszystkim jednak ma na celu zaakcentowanie wartości, jaką etyka wnosi w otoczenie jednostki etycznej. Oznacza to, że rolą etyki jest ukierunkowanie przedsiębiorstw na działania na rzecz pracowników, społeczności lokalnej – klientów i kontrahentów, czy ochrony środowiska. Działania etyczne są zorientowane na przyszłość, a więc zaspokajanie potrzeb społeczeństwa poprzez wprowadzenie innowacyjnych produktów czy akcje proekologiczne długofalowo ustanawiające miejsce przedsiębiorstwa w otoczeniu.

Do podstawowych zasad i wartości, jakimi kieruje się przedsiębiorstwo  należą odpowiedzialność, przejrzystość, aktywna obecność w środowisku oraz etyczne zachowanie. Odpowiedzialność oznacza, że przedsiębiorstwo jest gotowe przyjąć ewentualnie konsekwencje za wpływ, jaki wywiera na otoczenie. Jest gotowe  na zmiany oraz na przyjęcie odpowiedzialności za szkodę, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Przejrzystość zakłada udostępnianie informacji o decyzjach i działaniach, które związane są z aspektami funkcjonowania przedsiębiorstwa, a jednocześnie mają związek ze społeczeństwem.  W aktywnej obecności w środowisku ważna jest świadomość, że przedsiębiorstwo nie działa w oderwaniu od otoczenia, a współdziałanie jest szczególnie ważne. Etyczne zachowanie ma miejsce, gdy wszystkie decyzje podejmowane i wykonywane są uczciwie, rzetelnie, wiarygodnie i zgodnie z zasadami moralnymi takimi jak sprawiedliwość, szacunek i szczerość.  Klienci, konkurenci, kontrahenci czy media przywiązują szczególną uwagę do praw człowieka, ładu korporacyjnego czy problemu korupcji, a każdy przypadek złamania zasad etycznych może zniszczyć dotychczasowy wizerunek przedsiębiorcy.

Badanie przeprowadzone przez Crido Taxand, Pracodawców RP i ICAN Institute w 2013 roku wskazuje na negatywne konsekwencje zachowań nieetycznych na wielu płaszczyznach. 73 proc. zapytanych członków zarządu oraz 77 proc. badanych pracujących w działach HR wskazało na straty wizerunkowe związane ze złamaniem lub naruszeniem zasad etycznych. Na kolejnych miejscach uplasowały się efektywność zarządzania oraz relacje z partnerami biznesowymi oraz klientami.  Badania M. Clarksona udowodniły, że przedsiębiorstwa, które kładą nacisk na etykę i relację z otoczeniem odnoszą z tego tytułu profity. Dysponują lepszymi informacjami z otoczenia, co pozwala im wykorzystać w pełni szansę i uniknąć zagrożeń . Jedną z największych korzyści ze stosowania zasad etycznych w postępowaniu gospodarczym jest zmniejszenie lub eliminacja kosztów związanych z konfliktami czy problemami.

Pełne poznanie i stosowanie przez świat biznesu zasad etyki bezpośrednio przekłada się na zysk przedsiębiorstwa. Przyjęcie i przestrzeganie zasad współpracy z kontrahentami jest efektywną metodą prowadzenia etycznego biznesu. Zgodnie z zasadą PYMWYMI, czyli put your money where your mouth is, przedsiębiorcy zyskują bezpośrednio dzięki zachowaniom etycznym. Zasada ta opisuje postawę konsumentów, którzy częściej i chętniej wybierają produkty przedsiębiorstw, które stosują się do etyki i wartości wyznawanych przez nabywcę. Wśród innych korzyści jakie niesie ze sobą etyczne zachowanie wymienić można przede wszystkim ograniczenie ryzyka negatywnego odbioru społecznego, uniknięcie kar, spadek kosztów wynikających z transakcji spowodowany zaufaniem kontrahentów oraz obniżony poziom ryzyka i kosztów weryfikacji.

Równie ważne są korzyści płynące z powodu rosnącej uwagi klientów i inwestorów. Zachowanie etyczne pozwala zachować ich lojalność, zwiększa siłę przetargową, umacnia markę i wizerunek przedsiębiorstwa. Poza tym wskazać można korzyści wynikające z lepszego środowiska pracy, które może spowodować wzrost zaangażowania i wydajności pracowników, a także bardziej oszczędnego wykorzystywania zasobów i obniżenia kosztów wewnątrz organizacji, które związane są z nadzorem i koordynacją. Wszystko to ma odzwierciedlenie we wzroście efektywności i wartości przedsiębiorstwa.

Z jednej strony efektywność związana jest z alokacją zasobów, sprawnością organizacji, płacą, zatrudnieniem czy inwestycjami. Z drugiej strony najsilniejszą  motywacją człowieka jest jego potrzeba godności, niekoniecznie wynagrodzenie. To właśnie o etycznym charakterze przedsiębiorstwa świadczy to, jak traktuje ono swoich pracowników. Wydajność w przedsiębiorstwie może być podnoszona tylko wtedy, gdy pracodawca zainwestuje w ich rozwój, kompetencje, poczucie bezpieczeństwa i dobre samopoczucie.

Dobra atmosfera w pracy sprzyja zaangażowaniu i stanowi motywacje do lepszych osiągnięć. Zadaniem przełożonego jest stworzenie warunków pracy, w których relacje między pracownikami  oparte są na prawości, uczciwości i współpracy. W osiągnięciu tego, pomocne okazać się może ustalenie w przedsiębiorstwie kodeksu etycznego. Powinien on zostać spisany w jasno sformułowanych punktach a następnie przedstawiony pracownikom na każdym szczeblu zawodowym. Takie działanie nie tylko ułatwia przestrzeganie zasad etyki w miejscu pracy, ale także wpływa na osiągnięcie większej efektywności. Udowodniły to badania przeprowadzone na grupie brytyjskich przedsiębiorstw. Wykazały one, że spółki stosujące kodeks etyczny osiągnęły lepsze i wyższe wyniki niż spółki nieposiadające takiego kodeksu.  Powody są konkretne – kodeksy etyczne pomagają tworzyć pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa na rynku. Jasny system zasad i wartości przekłada się na wzrost zaufania do przedsiębiorstwa również w relacjach handlowych. 

W tzw. warunkach nowej ekonomii wrasta znaczenie etyki w biznesie, z powodu większego wyczulenia odbiorców na przekłamania. Dziś pytanie „czy warto” jest pytaniem retorycznym. Zastanowić raczej należy się nad tym, jak połączyć najskuteczniej obie z pozoru przeciwstawne sfery : etykę i biznes. Jest to wymóg dzisiejszego środowiska biznesowego.

Bibliografia

Praca zbiorowa pod red. E. Carsona ” Kompendium wiedzy o gospodarce” , Warszawa 1997, 

Cz. Porębski ” Czy etyka się opłaca?”, Kraków 1997

Anna Dziadkiewicz „Znaczenie etyki biznesu w kształtowaniu współczesnych norm i wartości”, „Przedsiębiorczość – Edukacja”, 8, 2012,  

K. Blanchard, N. Vincent Peale ” Etyka biznesu”, Warszawa 2008

G. Mikołajewicz „Społeczna odpowiedzialność biznesu(CSR), etyka biznesu i wartości korporacyjne”, „Zarządzanie finansami firm-teoria i praktyka”, 2 , Wrocław 2012,

Praca zbiorowa pod red. Ł. Burkiewicz , J. Kucharski ” Etyka w organizacji, zarządzanie, kultura, polityka”, Kraków, 2016

Praca zbiorowa pod red. P. Kulawczuka, A. Poszewieckiego ” Wpływ społecznej odpowiedzialności biznesu i etyki biznesu na zarządzanie przedsiębiorstwami”,  Warszawa,  2007r

R. Sroka, Crido Taxand „Pracownicy oczekują standardów. Badanie dotyczące potrzeb pracodawców i pracowników w zakresie HR w kontekście etyki w miejscu pracy.”

https://poradnikprzedsiebiorcy.pl/-etyka-w-biznesie

https://hrpolska.pl/hr/czytelnia/wewnetrzny-employer-branding

Wykonała Sabina Sęk

Kilka słów wstępu o ekspercie:

Karol Czapik jest właścicielem firmy konsultingowo-doradczej EFEKT PMO, Project Managerem z 12 letnim doświadczeniem w prowadzeniu dużych projektów w firmach o zasięgu globalnym i z lokalnymi liderami rynku w branżach takich jak e-commerce, logistyka, e-mobility, IT, telekomunikacja, outsourcing usług, finanse i bankowość i R&D. W swojej karierze zawodowej był wolontariuszem, sprzedawcą, w-ce Prezesem i fundatorem Fundacji Wsparcia Przedsiębiorczości Activus Promptus, oraz kierownikiem Biura Zarządzania Projektami w firmie InPost S.A.

Jest aktywnym członkiem IPMA Polska, Stowarzyszenia Service Process Improvement Network – SPIN oraz współautorem i wykładowcą na ich autorskich studiach podyplomowych Lean & Automation na WSE w Krakowie, członkiem Konwentu Seniorów Fundacji SF BCC, ekspertem Fundacji Polska Innowacyjna, współorganizatorem Śniadań Project Managerów w Krakowie i Wrocławiu, współtwórcą H2H Kraków, mentorem w Slow Business Academy i w FasterCapital.

Karol Czapik jest właścicielem firmy konsultingowo-doradczej EFEKT PMO

Wiktoria Dziaduła: Dzień dobry Karolu! Bardzo się cieszę, że zgodziłeś się ze mną porozmawiać i podzielić się swoją wiedzą. Może zacznijmy od początku. Kim jesteś? Czym się zajmujesz?

Karol Czapik: Cześć! Dziękuję jeszcze raz za zaproszenie mnie do rozmowy. Jestem przede wszystkim człowiekiem, pasjonatem dobrego rzemieślniczego piwa, wycieczek – najlepiej w nieznane i Kierownikiem Projektu z ponad 12 letnim doświadczeniem, a obecnie od prawie trzech lat prowadzę swoją firmę EFEKT PMO i pomagam profesjonalnie firmom i ludziom odnosić sukces w biznesie poprzez mądre zarządzanie projektami. Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej co robię to zapraszam na moją stronę internetową: www.efektpmo.pl. Większość rzeczy już o mnie powiedziałaś na wstępie, więc nie będę dalej przynudzał. 

WD: Byłeś też w SF BCC, czym tam się zajmowałeś? Co dało Ci to doświadczenie?

KCZ: Tak byłem członkiem, Koordynatorem Projektu Festiwalu BOSS (edycja 2010) i Przewodniczącym Regionu Kraków. Oczywiście nie we wszystkich tych rolach występowałem na raz. 😊 Działalność w SF BCC dała mi bardzo dużo, dzięki temu zdecydowałem się, że jednak nie chcę kontynuować edukacji na studiach i pisać doktoratu. Zrozumiałem też, że polityka samorządowa to nie jest do końca mój świat, a najlepiej odnajduję się w pracy z ludźmi podczas realizacji różnej wielkości działań projektowych.
Dla mnie to był moment przełomowy w życiu zawodowym jak również prywatnym, do dziś moje najbliższe grono przyjaciół to osoby właśnie poznane w tej organizacji. 

SF BCC jest świetną trampoliną do tzw. dorosłego życia zawodowego, to właśnie w tej organizacji możemy zacząć pracować z różnymi ludźmi, organizacjami i firmami o zasięgu ogólnopolskim. Dzięki temu poznajemy lepiej siebie, swoje mocne i słabe strony, uczymy się współpracy i komunikacji pod presją czasu, negocjacji biznesowych, sprzedaży, działań marketingowych i wielu, wielu więcej rzeczy, które później nam tylko mogą zaprocentować. Będąc jeszcze studentem mogłem poprowadzić swój zespół projektowy, a później cały Region w Krakowie, który się składał z 50 osób, to było coś strasznie stresującego, wymagającego ode mnie szybkiego uczenia się, ale dającego mnóstwo satysfakcji i motywacji do coraz lepszego działania! Wszystkie te rzeczy i doświadczenia, których się nauczyłem będąc w SF BCC zdecydowanie pomogły mi w mojej pierwszej poważnej pracy zawodowej po studiach.  Dzisiaj z dumą przyznaję, że byłem członkiem tej organizacji, a obecnie aktywnie działam w tzw. Konwencie seniorów SF BCC (jest to taka platforma do budowania relacji i networkingu pomiędzy firmami byłych członków SF-u). 

WD: Przejdźmy do tematu, do komunikacji. Powiedz proszę, dlaczego komunikacja w projektach / pracy jest ważna? Dlaczego musimy dbać o jej jakość? 

KCZ: Efektywna komunikacja ma duże znaczenie w pracy codziennej tzw. procesowej, a w pracy w projektach to znaczenie jest jeszcze większe i bardziej krytyczne. Dlaczego tak się dzieje? Jest kilka kluczowych powodów z tym związanych, jednym z nich jest to, że projekty są zdecydowanie bardziej dynamicznym środowiskiem pracy niż zwykła działalność biznesowa. Dodatkowo obarczone są większym ryzykiem i z reguły cechują
się większą innowacyjnością.
Zespoły projektowe składają się z osób o różnych stylach komunikacji. 

W organizacjach projektowych musimy szybko podejmować decyzje, dostosowywać się do ciągle zmieniającej się rzeczywistości (obecnie mówi się, że żyjemy w tzw. świecie VUCA z ang. Volatility (zmienność), Uncertainty (niepewność), Complexity (złożoność), Ambiguity (niejednoznaczność). Powinniśmy być zawsze o krok przed naszą konkurencją. Dlatego kluczem do sprawnej realizacji projektów i podejmowania decyzji jest właściwa komunikacja. Przeprowadzone przez Project Management Institute – PMI badania uświadamiają nam, że organizacje, które wypracowały efektywne sposoby na zarządzanie komunikacją w projekcie kończą więcej projektów w zakładanym czasie (71%) i budżecie (76%), w porównaniu do organizacji, które komunikują się w mało efektywny sposób (odpowiednio 37% i 48%), a to bezpośrednio się przekłada na wyniki całej organizacji.

Jak to mówią badania, badaniami, a życie, życiem. Większość z nas uważa, że potrafi się świetnie komunikować na co dzień, więc w pracy projektowej powierzamy zarządzanie komunikacją często własnej intuicji. 

WD: Jeżeli komunikacja w pracy projektowej jest tak bardzo ważna, to jak powinniśmy się do niej przygotować? Jak należy przepływem informacji w projektach zarządzać?

KCZ: Jeżeli nie mamy w tym obszarze żadnego doświadczenia, a nasza organizacja nie posiada żadnych spisanych dokumentów np. Strategii komunikacji w organizacji, to wówczas można poszukać informacji w najpopularniejszych metodykach zarządzania projektami np. AgilePM, Prince2 oraz w zebranych i opisanych tzw. dobrych praktykach przez PMI w PMBOK-u. Jeżeli jednak temat jest dość pilny i bardziej złożony oraz nie dotyczy jednego projektu, to zawsze można się zwrócić do mnie z prośbą o pomoc (żart). 😊 Teraz na poważnie odpowiadając na Twoje pytanie, jak się powinniśmy do tego przygotować? Odpowiadając w sposób przemyślany, nie ad hoc! W pierwszej kolejności powinniśmy poznać zakres projektu (obszaru, procesu), dla którego będziemy chcieli zaplanować odpowiedni przepływ informacji. W projektach myślenie o komunikacji i jej zaplanowanie powinno się zacząć jeszcze przed formalnym startem projektu. To w jakiej organizacji, kulturze i branży dany projekt będzie realizowany, ma również wpływ na to jak mamy wyuczony styl komunikowania się i jak te nasze nawyki przeniesiemy do pracy w zespole projektowym. Kierownik Projektu jest tą osobą, która powinna nadać odpowiedni ton w komunikacji projektowej, umieć dobrać odpowiednie narzędzia, komunikatory. Poziom formalizowania, lub jego brak w projekcie, zawsze KP powinien ustalić z Zespołem projektowym, po tym jak już znamy zakres projektu, jego cele (wymagania biznesu – Zarządu, albo Klienta) oraz mamy dobrze rozpoznanych Interesariuszy wewnętrznych i zewnętrznych projektu. (Interesariusze to osoba, grupa osób lub organizacja, która może wywierać wpływ na projekt, bądź podlegać wpływowi ze strony projektu). Gdzie ich znajdziemy? W otoczeniu Twojego przedsięwzięcia określając kto może mieć na nie wpływ, kogo może dotyczyć wynik Twojego przedsięwzięcia. Liczba Interesariuszy i ich charakterystyka będzie zależna od konkretnego przedsięwzięcia i danego momentu w czasie. Inna będzie lista, jeśli będziemy budować port lotniczy, a inna, jeśli będziemy tworzyć kliencką aplikację mobilną. Drugim krokiem jest dostosowanie treści przekazu do odbiorcy. Każda osoba zaangażowana w prace projektowe, będzie miała inne doświadczenia biznesowe, dojrzałość, swoje przyzwyczajenia oraz oczekiwania względem przekazywanych jej informacji. Efektywna komunikacja powinna charakteryzować się odpowiednią jakością, a nie ilością. Zbyt duża ilość informacji może nawet szkodzić tworząc chaos. Przykładowo: managerowie średniego szczebla będą oczekiwać informacji nt. postępów prac projektowych, jak również będą potrafili przyswoić pewne ogólne założenia techniczne, które będzie im przestawiać zespół techniczny, a on sam będzie oczekiwać jasnych informacji nt. tego jakie są ich oczekiwania wobec nich i postawione zadania. Osoby na poziomie dyrektorskim i samego zarządu zdecydowanie będą oczekiwać informacji zarządczych umożliwiających podejmowanie trafnych decyzji, tzw. „twardych danych” wyrażonych językiem biznesowym,  gdyż są skoncentrowani na realizacji celów całej organizacji, a tym samym również na ich kosztach i zyskach.

Właściwe zarządzanie komunikacją w projekcie stanowi pewną wartość dodaną, a nie jest tylko nośnikiem samych danych. Taką wartością jest np. jasne zdefiniowanie roli  i odpowiedzialności każdego Interesariusza w projekcie, a tym samym zrozumienie tego  co jest od niego wymagane i dlaczego jego zaangażowanie w projekt jest tak bardzo ważne. Dostosowanie treści przekazu do odbiorcy jest jedną z metod, która pozwala na osiągnięcie takiej wartości. Oprócz dostosowania przekazu do odbiorcy elementem zarządzania komunikacją w projekcie jest budowa kanałów komunikacyjnych i efektywne ich wykorzystanie. Innymi słowy, chodzi  o to, aby właściwe osoby przekazywały odpowiednie treści właściwym odbiorcom,  we właściwym czasie i formie. 

Podsumowując w każdym projekcie powinniśmy przemyśleć, zaplanować i opisać tzw. plan komunikacji, który powinien być częścią każdego planu projektu, ponieważ jest niezbędny dla efektywnej komunikacji przedsięwzięcia. Niezbędne  jest także ustalenie częstotliwości kontaktów oraz ich formy. Dobrą praktyką jest to, aby  w takim planie również wpisać oczekiwane czasy odpowiedzi w zależności od ważności danej informacji / komunikatu. Często się zdarza, że czekamy zbyt długo na odpowiedź i podjęcie decyzji w jakimś temacie. Wówczas tworzą się nam tzw. „wąskie gardła” w projekcie i cały harmonogram prac projektowych się opóźnia. Taki plan komunikacji to nic innego jak ustrukturyzowana i sformalizowana odpowiedź na następujące pytania:

  1. Kto będzie otrzymywał informacje?
  2. Jaką będzie otrzymywał informacje?
  3. Na kiedy będzie otrzymywał informacje? 
  4. Jak będzie otrzymywał informacje?
  5. Od kogo będzie otrzymywał informacje?

WD: Teraz większość życia odbywa się online; praca, szkoła, studia, znajomi. Jak to według Ciebie wpływa na proces komunikacji? Czym różni się komunikacja online i offline? 

KCZ: Do tej pory w wielu firmach podstawowymi narzędziami pracy były maile i rozmowy telefoniczne. Dotychczas, w większości przypadków, te kanały komunikacji były wystarczające. Jednak w momencie, gdy większość współpracowników pracuje z domu, sprawa znacznie się komplikuje. Szczególnie gdy w grę wchodzi komunikacja grupowa,
która jest niezbędna w przypadku realizacji firmowych projektów. Dlatego też należy dobierać do pracy i komunikacji zdalnej tak narzędzia, aby były możliwie multi funkcjonalne i łączyły  w sobie możliwość: maila, pracy grupowej – chatu, biblioteki plików, telefonu  i wideo rozmów w jednym. 

Sytuacja, w której wszyscy się znajdujemy trwa od dłuższego czasu (Ja osobiście od marca 2019 r.), Wcześniej wychodząc do pracy w biurze, wyjeżdżając do klienta, mieliśmy pewien schemat i plan działań, który wpływał na naszą efektywność i jasno rozgraniczał nasz czas na ten w pracy i na ten poza pracą (przynajmniej tak powinno być). Teraz dla wielu osób,  które nigdy wcześniej nie miały okazji pracować zdalnie, w domu, zabrakło tego porządku dnia i tygodnia. Dlatego do pracy zdalnej my jako osoby i organizacje musimy również  się przygotować w odpowiedni sposób, tworząc na to plan (zainteresowanych odsyłam  do artykułu nt. efektywnej pracy zdalnej, w którym byłem jednym ze współautorów) – LINK:  https://tiny.pl/768kk 

Obecna praca on-line powoduje to, że brakuje nam interakcji i bezpośrednich kontaktów  z innymi osobami. Wideo rozmowy 1:1 nawet z użyciem odpowiednich narzędzi, cały czas  u niektórych osób powoduje niechęć i zwiększają podświadomie dystans. Nie mamy jeszcze wypracowanych nawyków, doświadczeń w przyjmowaniu i udzielaniu konstruktywnej krytyki, a nawet w udzielaniu pozytywnego feedbacku w pionie. To też dotyczy komunikacji poziomej bezpośrednio pomiędzy członkami zespołu projektowego (między koleżankami i kolegami
w codziennej pracy). 

Tego typu działania należy wspierać i tworzyć do tego odpowiednie środowiska pracy, to spoczywa na barkach odpowiedzialności każdego Lidera, Managera, Prezesa Zarządu,  w zależności od skali i poziomu działań. Musimy pamiętać, że ludzie w realu komunikują  się interpersonalnie – między sobą, że w odpowiedniej komunikacji między ludźmi dochodzi do interakcji i tzw. sprzężenia zwrotnego – potwierdzenie u odbiorcy zrozumienia treści naszego komunikatu. Dlatego jest to bardzo ważne, aby przy wyborze narzędzi, systemów pracy on-line, pamiętać o konieczności tej interakcji między ludźmi w projektach i poza nimi. 

W pracy off-line, gdzie mieliśmy okazję na oficjalne spotkania, warsztaty i rozmowy 1:1, podczas bezpośrednich kontaktów po prostu rozmawialiśmy i nie zastanawialiśmy, jak trudne informacje przekazujemy (czytelne były też nasze intencje – w pracy zdalnej tego nie widać)  i jakim nadamy je kanałem (narzędziem). Teraz jest to kluczowe, zwłaszcza w pracy projektowej, np. proste komunikaty możemy przekazywać mailowo do naszego zespołu, bardzo ważne kwestie, lub potencjalnie konfliktowe najlepiej omówić w bezpośredniej rozmowie telefonicznej / wideo (żebyśmy widzieli też reakcje drugiej osoby – pamiętajmy,
że bardzo ważne dla zrozumienia tego o czym mówimy jest tzw. przekaz niewerbalny,
to co pokazujemy naszym ciałem, mimiką twarzy, gestami, itd.). 

Pilnych kwestii też nie powinniśmy wysyłać mailowo oczekując natychmiastowych odpowiedzi. Należy pamiętać, że ciągłe odpisywanie na wiadomości e-mail, jest jednym  z podstawowych błędów w wirtualnej komunikacji i zabójcą naszej produktywności.  Tych kwestii, o których należy pamiętać planując przejście do pracy on-line, jest bardzo wiele, wymieniłem tylko te kluczowe pod kątem samej komunikacji w pracy z ludźmi. 

WD: Dużo mówi się o nowych wyzwaniach i wielu problemach w związku procesem komunikacji w formie online. Może komunikacja zdalna ma też plusy, co myślisz na ten temat?

KCZ: Moim zdaniem największym plusem komunikacji zdalnej jest jej szybkość. Dzięki rozwoju technologii, odpowiednim narzędziom możemy się komunikować on-line praktycznie w czasie rzeczywistym z każdym i w każdym miejscu (pod warunkiem, że mamy dostęp do Internetu). Pracodawcy i pracownicy mogą pracować ze sobą bez względu na to w jakim zakątku świata żyją na co dzień. Firmy dzięki temu mogą mieć mniejsze koszty stałe: brak konieczności tworzenia fizycznych miejsc pracy w biurze i ich wyposażenia. Możliwość współpracy z różnymi specjalistami z całego świata może wpłynąć pozytywnie na wizję firmy, znaczne jej odświeżenie. 

Kolejną kwestią pozytywną związaną z obecną sytuacją spowodowaną przez pandemię SARS-COV-2, jest zdecydowanie przyspieszenie cyfryzacji całych organizacji i ich wejście na wyższy poziom technologiczny, nie tylko w branży IT i statr-upach (do tej pory one wiodły w tym prym). W większym stopniu zmiana zachodzi także w administracji samorządowej oraz centralnej – państwowej. Ta transformacja moim zdaniem jest już nie do zatrzymania. Ma to też pozytywny wpływ na emisję CO2, nie musimy codziennie dojeżdżać z domu do biura i z powrotem (nie stoimy w korkach – możemy spędzić ten czas produktywnie), ograniczyliśmy też delegacie, loty samolotami, itd. Jest to pozytywny wpływ  (w skali globalnej) dla naszej przyrody i klimatu, dla nas jako społeczeństwa, gdyż pracując  w środowisku domowym odczuwamy mniejszy stres (nie tylko ze względu na korki w drodze z i do pracy). Paradoksalnie w pracy zdalnej mamy lepszą efektywność niż w biurze,  gdyż w domu mamy mniej rozpraszaczy (brak pogaduszek przy kawie, wyjść na papierosa, kolejki interesariuszy do nas, którzy chcą tylko zadać nam jakieś tylko jedno ważne pytanie, itd.). Obecny stan rzeczy jest moim zdaniem świetną szansą do unowocześnienia wielu firm  w Polsce (zmiany ich kultury pracy, procedur, nie tylko na czas kryzysu), zmian w regulacjach prawa pracy (gdzie praca zdalna jak na zachodzie nie będzie już tylko przywilejem, ale czymś normalnym). 

WD: Jakie najczęstsze błędy popełniamy komunikując się zdalnie? Jak uważasz, na co należy zwrócić szczególną uwagę? 

KCZ: Jeżeli popełnialiśmy błędy w zarządzaniu komunikacją w firmie i projektach przed przejściem na model pracy zdalnej, to z dużym prawdopodobieństwem popełnimy te same błędy w komunikacji on-line. Do najczęstszych powodów problemów z komunikacją można zaliczyć:

  1. Brak planu komunikacji.
  2. Zbyt wysoka / niska formalizacja procesów komunikacji.
  3. Brak właściwej identyfikacji potrzeb komunikacyjnych (w całej organizacji,
    w projektach, wśród Interesariuszy projektów, itd.).
  4. Złe stosunki pomiędzy członkami zespołu (nie tylko projektowego), często brak zaufania.
  5. Brak tworzenia odpowiednich procesów, praktyk pracy do otwartej (transparentnej) komunikacji w projektach i poza nimi, na linii przełożeni – podwładni oraz bezpośrednio pomiędzy członkami zespołów. Brak możliwości i kultury do szczerego zgłaszania problemów. Brak nawyków do udzielania regularnej informacji zwrotnej wśród pracowników, nie tylko u samej kadry zarządzającej – feedbacku (nie tylko przy negatywnych sytuacjach, problemach). 

Wynikiem powyższych błędów, jest zły dobór narzędzi (systemów) do pracy zdalnej  i komunikacji między ludźmi. Często organizacje nie potrafią świadomie dokonać takiego wyboru, gdyż nie znają swoich obecnych realnych potrzeb komunikacyjnych,  ich ograniczeń, a przez to nie umieją oddzielić tzw. warstwy „marketingowej” od „merytoryki” przy doborze takich systemów. Im systemy są droższe i bardziej skomplikowane, tym trudniej później jest organizacją się z nich wycofać i przyznać do błędnej decyzji, a ostatecznie cierpią na tym wszyscy: pracownicy, zespoły projektowe,  bo mają nie efektywne narzędzie do pracy codziennej, a management, gdyż nie ma odpowiedniej jakości i wglądu do potrzebnych im informacji (danych). 

WD: Czym grozi brak odpowiedniego podejścia do tematu komunikacji? Jakie jest Twoje doświadczenie w tej kwestii?

KCZ: Wiele problemów z tym związanych już wymieniłem wcześniej, jednak, jeżeli mam
to podsumować i spiąć „jedną klamrą”, to brak zastanowienia się i zaplanowania standardów komunikacyjnych w naszych organizacjach i projektach z reguły prowadzi do mniejszych  lub większych problemów i katastrof, nie tylko w samych projektach. Jeżeli zapominamy o tym jak ważna jest komunikacja w pracy z ludźmi i jakie spełnia funkcje, to popełniamy błędy przy realizacji różnych zadań, o różnej skali trudności i ważności, ze względu na brak zrozumienia. Takie błędy jesteśmy wstanie później prześledzić i przeliczyć na realne straty finansowe  w naszych organizacjach i projektach. Brak odpowiedniego zarządzania komunikacją niesie również inne negatywne skutki: brak zrozumienia celów całej organizacji, celów projektów, wydłużenie prac projektowych, przekroczenie ich budżetów, zrealizowanie nie w takiej jakości i funkcjonalności produktów końcowych projektów jakich oczekiwali od nas klienci, zwiększenie poziomu stresu i braku zaufania wśród zespołów, spadek motywacji i zaangażowania do pracy oraz spowodowane tym wszystkim szybsze wypalenie zawodowe. Jak widzisz skutki nieprzemyślanej komunikacji w naszych organizacjach, w obecnym mocno dynamicznym świecie potrafi doprowadzić do bardzo bolesnych i poważnych skutków nie tylko na poziomie zespołów projektowych, ale również w całej organizacji. 

WD: Jeśli miałbyś dać jedną najważniejszą radę osobie pracującej w zdalnym zespole, to na co zwróciłbyś uwagę w kwestii komunikacji?

KCZ: Jedną radę? Jest to dość trudne wyzwanie. 😊 Jednak postaram się mu sprostać. Pamiętaj, że bez względu na to jakie masz obecnie doświadczenia i kompetencje,  do zarządzania komunikacją w organizacjach i projektach powinniśmy podejść na chłodno, z odpowiednim planem w głowie, który ZAWSZE powinien w komunikacji gwarantować INTERAKCJĘ pomiędzy uczestnikami tej komunikacji. Interakcja ta, to nic innego jak potwierdzenie, że z naszym przekazem trafiliśmy do naszego rozmówcy (odbiorcy)  i zostaliśmy zrozumiani w odpowiedni sposób, zgodnie z naszymi oczekiwaniami.  Żeby to uzyskać nie może zabraknąć w naszej komunikacji sprzężenia zwrotnego. Pamiętając to będziemy wiedzieć jaki wybrać systemy, narzędzia do komunikacji, jak tworzyć przestrzeń do dyskusji, z właściwymi osobami, za pomocą odpowiedniej ilości kanałów komunikacyjnych i ich formy.  Brak sprzężenia zwrotnego w komunikacji wprowadza niejasność, daje nieograniczone pole do interpretacji, niepotrzebnych domysłów i domniemań, które są stratą naszej energii, czasu i w rezultacie środków finansowych. Jeżeli nie jesteś pewny, że zostałeś usłyszany, to tym bardziej nie możesz być pewien, że zostałeś zrozumiany. 

WD: Przyznam, że nie przypuszczałam, o jak wiele aspektów komunikacji należy zadbać i jak jest to ważne. Mam nadzieje, że dzięki Twoim radom i doświadczeniu wiele rozmów i ustaleń  potoczy się pomyślnie. Jeśli ktoś z naszych czytelników chciałby wiedzieć więcej na temat komunikacji, zarządzania projektami czy zmianą serdecznie zapraszamy do obserwowania działalności Karola na SM – linki oraz odwiedzenia strony EFEKT PMO www…

Dziękuję za rozmowę! 

Łukasz Mróz – radca prawny działający w branży budowlanej; szkoleniowiec, który dodatkowo prowadzi fanpage Prawnik na budowie. jJeśli to nadal mało – tworzy również autorski podcast o tej samej nazwie. 

Jak wspomina Pan czas działania w Studenckim Forum Business Centre Club?

Dobrze, zahaczyłem chyba od 3 do 5 albo od 4 do 5 roku studiów, czyli 09/11 albo 10/11 rok, także z SF BCC rzeczą, która została mi najbardziej, albo raczej nie rzeczą, a osobą jest moja żona. Nie mógłbym powiedzieć, że wspominam to źle, skoro wyszedłem ze związkiem małżeńskim.

Czym się Pan zajmował w naszej organizacji? 

Pierwsze pół roku byłem w zespołach projektowych, pozostałą część kadencji byłem członkiem zarządu jako koordynator ds. marketingu.

Co z perspektywy czasu oprócz żony dało Panu członkostwo w organizacji?

Miałem o tyle nietypowe wejście, że jako student prawa, a nie ekonomii trafiłem na inny grunt. Musieliśmy dotrzeć do Wydziału Ekonomii. Jest jednak inny sposób myślenia ludzi, którzy studiują na tym kierunku, a studentami prawa. Myślimy w różny sposób, to było bardzo fajne przeskoczenie w inne środowisko. Powiedzmy nie samych prawników, ale ludzi, którzy w przyszłości mają się zajmować zarządzaniem czy marketingiem, a nie pisaniem komentarzy prawniczych.

Czy posada w SF BCC była inspiracją do prowadzenia w nietypowy dla branży prawniczej sposób swoich kanałów SM? 

Raczej powiedziałbym, że nie tyle działanie w zarządzie było zaczątkiem mojego obecnego sposobu działań marketingowych. Tylko że jedno i drugie było dla mnie naturalne. Moje działanie w tej funkcji raczej wzięło się z tego, że od początku była to kwestia, która mnie interesowała. Kontynuuję zabawę w tym zakresie prowadząc w ten sposób firmę. Oczywiście nie jest to najczęściej spotykany sposób komunikacji w mojej branży, która jest jednak troszkę bardziej stateczną ostoją dostojeństwa i godności. Na chwilę obecną na efekty nie narzekam, także jakość tego co robię weryfikuje rynek. Póki rynek weryfikuje to prawidłowo przyjmuję za dobrą kartę, że nie jest najgorzej.

Czyli działania w SM wpływają pozytywnie na ilość klientów?

Bardzo! Tak na dobrą sprawę, to mogę mówić wprost, że na chwilę obecną nie generuję 100 procent z tych kanałów. Na pewno był to największy udział w rozbudowie marki, której w największym stopniu zawdzięczam punkt startu. Teraz dochodzę do momentu, gdzie siłą rozpędu ten biznes zaczyna się fajnie toczyć. Dzięki temu mogę już poświęcać mniej czasu na czynności stricte marketingowe. 

Jak w środowisku prawniczym jest postrzegany bardziej humorystyczny język?

Szczerze mówiąc tego nie weryfikowałem. Tak jak mówiłem mnie interesuje to jak moje działania postrzega target, do którego chcę dotrzeć. Jeżeli klienci, z którymi chciałbym współpracować się w tym odnajdują, a z tego co widzę tak jest, to to jest papierek lakmusowy, który przykładam do swoich działań. Jeżeli chodzi o samo środowisko, to jestem przekonany, że znajdą się osoby, którym to odpowiada i które widziałyby siebie w takich działaniach jak i te, które stwierdzą, że to urąga godności i nie jest czymś, na co radca prawny powinien sobie pozwalać. 

Czyli osoby, które widziałyby siebie w takich działaniach boją się, wymaga to odwagi? 

To raczej kwestia indywidualna, czy ktoś ma obawy do podejmowania takich kroków. W naszym zawodzie każde pokolenie ma własne podejście. Nasze ma więcej w swoim mniemaniu podejścia do luzu i w kwestii komunikacji może sobie pozwolić na więcej. Każde kolejne będzie miało go więcej. Jest to kwestia tego, że za czasów naszej edukacji studenckiej, raczej nikt nas nie przygotowywał do biznesowej części prowadzenia kancelarii. Trzeba swoimi siłami wybadać grunt i powoli ruszyć i może to czasami zająć więcej czasu.

Ogólnie jest brak zaufania do bardziej odważnych środków przekazu i sposobów komunikacji. Bardziej tutaj bym się upatrywał tego, że nie ma zalewu fanpage’ów prawniczych, czy influencerów prawniczych niż w tym, że jest to obawa wewnętrzna przed środowiskiem. Tu jednak ona wydaje mi się aż takiej roli nie gra, co bardziej myślenie, jak to będzie postrzegane przez klientów, czy nie będzie to strzał w stopę pozwalając na humorystyczną publikację pozbawiając się autorytetu. 

Skąd pomysł na działania stricte związane z prawem budowlanym?

Jesteście studentami logistyki i zarządzania, z Waszego punktu widzenia niszowanie działalności jest jedną ze strategii działania. Ja bardzo wierzę w niszowanie produktu w naszej branży z uwagi na to, co dotyka całej gospodarki. Automatyzacja etc., nie wierzę, że prawnicy zostaną na to obojętni. Nie widzę pieniędzy w obsłudze ogólnej. Jak ładnie się to ujmuje w naszym środowisku “Kancelaria specjalizuje się w obsłudze osób fizycznych i podmiotów prowadzących działalność gospodarczą”. Co w skrócie znaczy “robię cały świat”. Ja nie mam dość talentu, żeby obkuć się i mieć doświadczenie we wszystkim, co może być do wykonania. Przy tak szerokim zakresie klientów gwałtownie spadała by mi rentowność. Za każdym razem, do każdego tematu musiałbym się przebić. Także obranie konkretnej gałęzi poprawia rentowność. W naszych realiach tytułuje się to kancelarią butikową, czyli nastawioną na określoną niszę rynku i gra to bardzo dobrze.

Jeśli mówimy o mniejszym rynku, musimy wiedzieć, że inaczej wygląda sytuacja, gdy rozmawiamy o małej kancelarii liczącej kilka osób. Inne problemy ma korporacja z Warszawy, która jest polskim oddziałem międzynarodowej sieci kancelaryjnej. Lwia część rynku jest jednak rozdrobniona. Wąski wycinek to korporacje, więc te problemy, które towarzyszą mi również rzeszy moich kolegów i koleżanek po fachu.

W naszym przypadku jest to kwestia budowania rentowności, gdzie przy coraz większej komodytyzacji usług te kwoty za świadczoną pomoc spadają. Pozostaje szukać rentowności w powtarzalności, automatyzacji, gdzie jedną z dróg jest właśnie niszowanie. Operując na tych samych tematach jestem w stanie ogarnąć sytuację szybciej niż osoba, która wchodziłaby w to z zewnątrz oferując tą samą stawkę co prawnik z kancelarii vis a vis. To ja de facto zarobię na tym więcej. Także to z punktu widzenia biznesowego wziął się pomysł na niszowanie i największą barierą psychiczną jak na każdym rynku jest syndrom, że ograniczając się do pewnej grupy klientów wyrzucasz pieniądze za drzwi.

Gdy dzwoni ktoś do mnie ze sprawą spadkową, czy w sprawie związanej ze spedycją konsekwentnie wskazujesz, że to nie jest ten adres i pojawia się obawa, czy to nie jest tak. Że właśnie wyrzuciłem pieniądze, ale osobiście myślę wtedy tak, że nie wyrzucam pieniędzy, tylko otwieram sobie drzwi na przyjęcie zdecydowanie szerszego strumienia z gałęzi rynku, która mi odpowiada, z którą chcę współpracować i której jestem w stanie zaoferować lepszą jakość przy swojej lepszej rentowności. To jeżeli chodzi o aspekt czysto biznesowy, a taki czysto merytoryczny to budownictwo wyszło trochę z rozpędu, bo nim się zajmowałem jeszcze będąc na aplikacji. W prawniczej ścieżce dochodzenia do uprawnień zawodowych nadal najbardziej popularna jest aplikacja radcowska. Po ukończeniu 5 lat studiów przechodzę jeszcze 3 lata szkolenia pod okiem samorządu zawodowego i patronat. Powiedzmy taki okres padawaństwa i właśnie wtedy padawaniłem na sprawach budowlanych.

Zawodowo, tak czysto prawnie ta tematyka mi odpowiada. Jest bardzo ciekawa z punktu widzenia prawniczego. Dodatkowo mówimy o sektorze, który generuje mniej więcej 10% PKB i który problemy ma zawsze. Czyli z biznesowego punktu widzenia to też nie jest tak, że jest to krótki trend. Nie skończy się tak szybko jak to było np. w przypadku kancelarii RODO przy zmianach ochrony zasad danych osobowych. Tak gdy nas zabraknie nadal będą istniały problemy związane z wypłacaniem wynagrodzeń i terminowością tych robót. Ktoś będzie musiał podpowiadać jak sobie z tym poradzić.

Jednym słowem pracy Panu nie zabraknie.

Nie, nie przewiduję, że zabraknie jej mi, czy kolejnym pokoleniom. Przewiduję, że będzie się diametralnie zmieniała. Żeby nie szukać daleko duża część mojej pracy to negocjowanie kontraktów. Sprowadza się to do tego, że kontrahent wysyła wzór kontraktu, na którym on operuje. Ja natomiast w imieniu klienta proponuję zmiany i bawimy się w takiego tenisa. To jest taki obszar pracy do zmodyfikowania, który moim zdaniem prędzej czy później wypadnie z prawniczej pracy. Już teraz powoli tworzą się narzędzia, które pozwalają to zautomatyzować, co mi bardzo odpowiada, bo jest to mocno odtwórcze zajęcie. Te rzeczy będą się coraz bardziej wyciągały. Przewiduję, że w perspektywie lat nastu będzie już rola takiego prawnika, który doradza przy kontraktach budowlanych. Przy inwestycji będzie zupełnie inna niż ta, jaką mamy teraz. 

Czy wystąpiły epizody z innymi branżami? 

Były epizody. Na studiach prawniczych nie uczono czegoś takiego jak definiowanie rynku czy określanie usług oraz produktów, którymi handlujemy. Musiałem uczyć się tego sam od podstaw. Na samym początku moim pomysłem było oferowanie usług mikroprzedsiębiorcom. Zamysł był taki, że nie mają oni dużych funduszy na usługi prawne ale można ich jakoś zagospodarować. Okazało się jednak, że nie jestem w stanie zbudować rentownego modelu biznesowego na tej podstawie. W tym segmencie trudno jest osiągnąć rentowność nie będąc dużą spółką świadczącą pomoc prawną. Pojedynczy profesjonalni prawnicy będą koszeni równo z trawą w tej części rynku.

Skąd wzięło się prowadzenie szkoleń w Pana działalności?

Z przypadku, któremu w odpowiednim momencie zdecydowałem się pomóc. Z mojej obecności online urodziło się to, że rynek szkoleń potrzebuje prelegentów. Dostałem zaproszenie do współpracy z firmą, która prowadzi takie szkolenia. Przyjechałem do nich na prelekcję 90 minutową i zostało to ocenione na tyle pozytywnie, że zaoferowali mi cały dzień szkoleniowy. Dzień szkoleniowy wyceniany był na około 2500zł. Zgromadziło się tam 12 osób. Kiedy na starcie tego szkolenia ruszyliśmy częścią networkingową, okazało się że 10 osób jest tam bezpośrednio ode mnie. Czyli znaleźli się tam nie dzięki działaniom organizatora a dzięki znajomości mnie i widząc, że to ja będę prelegentem. Te firmy współpracują na tej zasadzie, że dają możliwość zaprezentowania się przed klientem docelowym i to jest wartość dla mnie.

Na tamten etap nie mam do nich zastrzeżeń – w pełni świadomie przyjmowałem tę współpracę. Jednak matematyki trudnej w tym nie ma, ugrali dwadzieścia-kilka tysięcy na moim nazwisku. Stwierdziłem, że czemu tego nie miałbym ja i tak zrodził się cykl szkoleń “Akademia Kontraktów Budowlanych” z którym drugi rok jeżdżę po Polsce i lubię ten cykl bo daje fajne możliwości zjedzenia w Mc Donald’s w każdym większym mieście w tym kraju. I wymienienia się z doświadczeniami z ludźmi. Wynoszę może nie aż tyle ile uczestnicy szkoleń ale 70% tego co daję – odbieram z ich praktyki działania w branży budowlanej. Wierzę w sprzedaż wiedzy.

Widzę zmiany w rynku prawniczym. Proste wskazania typu ocena sytuacji klienta po pokazaniu mi umowy, że “zgodnie takim i takim artykułem Twoja sytuacja wygląda tak i tak”. Przed taką usługą nie bardzo widzę przyszłość jakąkolwiek. Ale widzę przyszłość w naszym pokoleniu – jest duży pęd do wiedzy. Kiedy patrzę na generację naszych rodziców, u nich nie było czegoś takiego, że kiedy mam pomysł to kupuję trzy książki, idę na szkolenie, słucham podcast i dopiero wtedy próbuję, tylko wtedy było to rozpoznanie bojem.

A teraz widzę dużą potrzebę kupowania wiedzy. Firmy, które w tym uczestniczą to duże spółki, które mają swoje działy prawne i wewnętrzni prawnicy chcą rozwijać swoją wiedzę. Spółki oszczędzają, ponieważ zamiast kupować usługi premium rozwijają swoich pracowników oraz średnie firmy w których sam właściciel podejmuje kluczowe decyzje. Jest to przykład szukania rynku dla tego co robię. W 2018 roku było dziesięć szkoleń, w 2019 już kilkanaście a od lutego mam ich jeszcze sześć, więc ruszam w trasę.

A szkolenia online?

Już się nagrywa. Patrząc biznesowo na to co robię problemem była skalowalność tego co robię a granicą był mój czas. Szkolenie opiera się na mnie, doby sobie nie rozciągnę, więc osiągnę pewnie pułap i wyżej nie przeskoczę. Także po tych doświadczeniach dwóch lat, to co oferuję teraz będę przenosił w formę kursu online, który będzie wisiał i będzie mógł być wykorzystany przez osobę w dowolnym momencie w wygodnym dla niej miejscu. Działa to tak jak w każdej innej usłudze sprzedawanej w takich kursach.

Podcast?

Jest to taka tematyka, że samym przekazem można wygrać. Ten rynek jeszcze nie jest tak nasycony, by stwierdzić słuchając nagrania z telefonu, że czegoś takiego nie będzie słuchał. Podłączam mikrofon do telefonu, mam statyw i nagrywam. Któregoś razu zwróciłem uwagę, że nagrywałem sobie siedząc tutaj, za biurkiem i za bardzo pochyliłem telefon, przez co wideo wyszło bardzo ciemne. Jeżeli chodzi o jakość, to do odrzutu. Okazało się jednak, że był to chyba drugi pod względem ilości wyświetleń film na moim kanale. Szczerze mówiąc nie jestem fanem jakości, bo widzę, że ona często plącze ludziom ręce. Mówią sobie “najpierw zrobię kurs z robienia podcastów, później zamówię nagrywarkę, pełne 4 profesjonalne mikrofony, zlecę komuś mastering i wtedy wypuszczę coś jako gotowy produkt.”.

Ja mikrofonu już się dorobiłem, a ostatni odcinek nagrywałem z kurtką na głowie, żeby wyciszyć audio i to czasami słychać, jak ta kurtka się przesuwa. Wydaje mi się, że to jeden z większych problemów. Podejście, że to musi być wspaniałe, piękne i godne, by ujrzało światło dzienne. Ktoś sprowadza to do tego, że nie powstanie nic, bo nie jestem w stanie zrobić tego tak, jak profesjonalista. Jeżeli chcesz nagrywać podcasty i mogę coś doradzić… Nagraj kilka odcinków. Jeżeli chcesz cokolwiek kupować, to kup mikrofon krawatowy za kilkadziesiąt złotych na allegro. Cokolwiek ponadto dopiero po 10 odcinkach nagrywanych i publikowanych tydzień w tydzień. Wtedy będziesz miał pewność, że wejdą Ci w nawyk i będą tworzone systematycznie. 

Jakie są Pana dalsze lub bliższe cele?

Aktualnie pracujemy nad aplikacją do tworzenia prostych umów o roboty budowlane. Horyzontem jest kancelaria butikowa (skupiona na jednym dziale prawa – przyp. red.) zajmująca się firmami budowlanymi przy czym celuję w firmy, które określane są jako średnie oraz duże. Mają one osoby odpowiedzialne za tematy prawne jednak potrzebują specjalistycznej pomocy w tematach, które mogą je przerosnąć. W mojej strategii przychody kancelarii widzę na takich trzech filarach: działalność klasyczna consultingowa, działalność szkoleniowa oraz dochody z aplikacji o której wspomniałem wcześniej.

Nadal największą liczbą budów w Polsce są budowy domów jednorodzinnych. Jest to klient posiadający swoją specyfikę, który również posiada swoje potrzeby. To co chcę im zaoferować to w prosty sposób oraz za przystępne pieniądze umowę regulującą zasady współpracy z firmą oraz dającą bezpieczeństwo w razie potrzeby dochodzenia swoich praw. Zaczynamy niedługo testy wersji beta i już niedługo zobaczymy jak przyjmie ją rynek. Dalekosiężne plany to aktualnie zarys tego jak chciałbym, żebyśmy funkcjonowali i robię prosty test zestawienia każdego kroku, który mam zamiar zrobić z wartościami, które sobie obrałem. Idziemy do przodu bez rewolucji, a z ewolucją.

Co powiedziałby Pan studentowi, który waha się czy dołączyć do SF BCC?

Żeby dołączył. Nic na tym nie straci.  To co polecałbym na swoim przykładzie – to każdą aktywność poza akademicką. Sam decydując się na współpracę z kimś  zwracam uwagę  na wszystko co jest poza indeksem. Bo to, że potrafisz się utrzymać na tym wydziale na którym jesteś to jest tak imponujące jak sprzedawanie samochodu reklamując go tym, że ma cztery koła. Daje to sporo perspektyw, można znaleźć żonę jeżeli ktoś nie ma – to jest dobre miejsce, żeby zacząć szukać (śmiech). Fajnie jest wskoczyć w inne środowisko tak jak ja z kodeksów wskoczyłem w świat w którym podejście jest zupełnie inne. Gdzie jeżeli prawnik rozmawia z menedżerem o spółkach to są to rozmowy innym językiem. Także zachęcam, by wykroczyć poza swój zakres i dołączać do organizacji studenckich.

Wywiad przeprowadzili:

Katarzyna Kusznierczuk i Patryk Szuberski

Martyna Wołosewicz — osoba pełna pasji i optymistycznego nastawienia. Aktywnie działała w Studenckim Forum Business Centre Club jako Koordynator Działu HR oraz projektu „Przedsiębiorcza Kobieta”. Ukończyła studia na kierunku ekonomiczno-prawnym, ale swoje życie związała z organizacją eventów i marketingiem. Aktualnie pracuje przy tworzeniu największego festiwalu tanecznego w Europie!


Wywiad z Martyną to historia o tym, co można zyskać dzięki uczestnictwu w szeregach Fundacji oraz dlaczego warto dać z siebie coś więcej, podejmując się nowych wyzwań.

Gdzie studiowałaś oraz na jakim kierunku? Dlaczego wybrałaś właśnie tę drogę?

Studiowałam przez 5 lat na Wydziale Ekonomii i Finansów Uniwersytetu w Białymstoku na kierunku ekonomiczno-prawnym. Ścieżka prowadząca mnie do tego profilu była skomplikowana. Liceum rozpoczęłam w klasie z rozszerzoną chemią i biologią. Na drugim roku zrezygnowałam z tej drogi, na rzecz większej ilości fakultetów z wiedzy o społeczeństwie i języka angielskiego. W międzyczasie tata podpowiadał mi, żebym próbowała swoich sił w ekonomii. Takim sposobem wylądowałam na kierunku ekonomiczno-prawnym, który łączył poniekąd moje ambicje. Lubię swoje studia nazywać „studiami pół na pół”, bo mimo że nie przygotowują studentów do konkretnego zawodu prawnika czy ekonomisty, dotykają obu dziedzin, dając tym samym porządną bazę wiedzy, która przydaje się w życiu.

Skąd dowiedziałaś się o SF BCC?

Na drugim roku licencjatu koleżanka z mojej grupy na studiach była zaangażowana w działalność SF BCC. Gdy nadszedł czas naboru nowych członków organizacji, zaczęła mnie zachęcać do spróbowania swoich sił. To dzięki niej poszłam na rekrutację – zafundowała mi niezłą przygodę, za którą jestem bardzo wdzięczna! Mówiła o ambitnych ludziach, ciekawych projektach, super atmosferze. Najpierw byłam sceptycznie nastawiona, miałam opory przed nieznanym, ale po czasie postanowiłam spróbować – „bo czemu nie?”.

Jak wyglądała rekrutacja, w której brałaś udział?

Na początku zostaliśmy zaproszeni na rozmowy rekrutacyjne. Po pozytywnym wyniku pierwszego etapu przyszedł czas na Assessment Center. W mojej grupie było 8 osób, a dookoła nas siedzieli członkowie organizacji, którzy oceniali naszą pracę. Podczas AC robiliśmy praktyczne zadania, sprawdzające nasze umiejętności np. z negocjacji, pracy w grupie, kreatywności. Kilka dni później dostałam telefon, z wiadomością o przyjęciu do organizacji.

Pamiętasz, jakie emocje Ci towarzyszyły?

Stres, mega stres i jak zawsze pozytywne nastawienie!

Jakie rady dałabyś przyszłym studentom, którzy niebawem wezmą udział w rekrutacji?

Przede wszystkim, żeby uwierzyli w siebie i swoje możliwości. Nie powinni obawiać się, że nie dadzą rady. Niech śmiało próbują swoich sił. Nie dowiedzą się, dopóki nie spróbują.

Trzeba również pamiętać, że oprócz nauki i samorozwoju, to też forma przygody studenckiej paczki, która trzyma się ze sobą razem przez długi czas. Podczas rekrutacji nie sprawdza się tylko wiedzy, to nie tylko kwestia nauki i ciekawości biznesowej. Rekrutujący szukają prawdziwych ludzi, trzeba być po prostu sobą.

Jak wyglądała twoja przygoda w SF  –  w jakich działach, projektach brałaś udział?

Moja przygoda z SF trwała dwa lata. W pierwszym roku byłam członkiem działu HR. Poza tym pracowałam przy trzech projektach: Przedsiębiorcza Kobieta, Festiwal Boss i Biznes Junior. W drugim roku działalności zostałam Koordynatorem Działu HR oraz Koordynatorem Przedsiębiorczej Kobiety w Regionie Białystok.

Miałaś kiedyś uczucie, że otrzymane zadania Cię przerastają, jeśli tak –  jak sobie z tym radziłaś?

W pierwszym roku mojej działalności w SF, przy projekcie BOSS, mimo że było dwóch koordynatorów projektu, to starałam się brać na siebie jak najwięcej zadań. Chciałam ambitnie działać, podejmować się nowych wyzwań. Skakałam trochę na głęboką wodę. Codziennie mierzyłam się z jakimiś małymi niespodziankami, ale zawsze mogłam liczyć na wsparcie i pomoc mojej grupy projektowej. Za każdym razem znajdowaliśmy rozwiązanie – nawet kiedy prelegent zrezygnował z przyjazdu dwa dni przed wydarzeniem, udawało nam się wyjść z problemu wspólnie.

Więc można powiedzieć, że zdobyłaś umiejętność wychodzenia z każdej sytuacji?

Mam taką nadzieję! 🙂 Na pewno na etapie bycia koordynatorem projektu, to już jest trudniejsze zadanie, bo gdy ktoś czegoś nie wykona, to ty musisz załatać dziurę i się tym zająć. Bardzo często są takie sytuacje. Dlatego ważny jest godny zaufania i zgrany zespół.

Miałaś ambicje, żeby iść do Ogólnopolskiego SF BCC? Czy wystarczały Ci zadania regionalne?

Po pierwszym roku rozwinęłam wiele swoich umiejętności. W drugim roku działalności zostałam Koordynatorem HR i PK. To mi wystarczyło. Gdybym została na trzeci rok, to prawdopodobnie chciałabym spróbować swoich sił, rozwijając skrzydła w Ogólnopolskim SF BCC. Jednak czułam, że już wiele wyniosłam, będąc w Regionalnym SF. Przez te 2 lata zyskałam tyle, ile chciałam. W pełni spełniona mogłam zakończyć tę przygodę. Nie umiem być długo w jednym miejscu. Po prostu szukałam czegoś nowego, innego.

Wielu studentów rezygnuje z działalności w sferze dodatkowej, jak Ty radziłaś sobie z łączeniem działalności w SF ze studiami?

Według mnie studia a studiowanie to dwie różne sprawy. Studia są w moim odczuciu tylko książkowe: idziesz na zajęcia, coś tam słuchasz, robisz notatki, wracasz do domu, jeśli jest kolokwium, to stosujesz metodę „zakuć, zdać, zapomnieć” i w ten sposób mija ci 3 czy 5 lat.
Uważam, że warto dać z siebie coś więcej. Przykładowo można wstąpić do jakiejś organizacji: jeśli się nie spodoba – zrezygnować, jeśli będzie dobrze – przeżyć niesamowitą przygodę. Trzeba próbować swoich sił i absolutnie nie bać się porażek. Pamiętajmy, że to dopiero początek naszej drogi i mamy prawo do błędów. Popełniając je, rozwijamy się. Poza tym lepiej jest je popełniać w trakcie studiów, gdzie konsekwencje w organizacji nie będą tak odczuwalne, jak w prawdziwej firmie. W tego typu organizacjach jak SF uczysz się pracy z ludźmi, z pieniędzmi. To są procentujące umiejętności.

Poza tym to nie jest tak, że organizacja to ciągła praca. Ludzie, których poznajemy, są naszymi znajomymi. Wspólnie pracujemy, ale także bawimy się. Czerpiemy od siebie nawzajem energię, uczymy się, kłócimy się, przeżywamy razem wzloty i upadki, cieszymy się z naszego „dziecka”, jakim jest projekt.
Dla mnie łączenie studiów z organizacją było przyjemnością. Wspominam ten czas jako moje studenckie osiągnięcie i cieszę się, że byłam członkiem SF BCC. Oprócz doświadczenia zyskałam świetne wspomnienia. Trafiłam na niesamowitych ludzi – z niektórymi mam kontakt do dziś.

Czego nauczyła Cię działalność w SF z perspektywy absolwenta?

Z punktu widzenia koordynatora nauczyłam się przede wszystkim: zarządzania ludźmi, czasem, zwiększyłam swoją pewność siebie oraz zyskałam doświadczenie.

Zarządzanie ludźmi to bardzo trudne zadanie, z którym każdemu z nas przyjdzie się mierzyć. Uczymy się tego całe życie. Cieszę się, że dzięki pracy przy projektach, oswoiłam się z tym zadaniem już na etapie studiów.
Kolejną rzeczą jest zarządzanie czasem. Z natury jestem bardzo roztrzepana i nie umiem się na niczym skupić, więc robienie planu działania i dotrzymywanie terminów, to była praca nad samym sobą.

Przygoda w SF nauczyła mnie również pewności siebie, szczególnie w kontekście wystąpień publicznych, które od zawsze były dla mnie stresujące. Ludzie dziwili się, bo przez 16 lat występowałam jako tancerka przed tysiącami osób, ale ja czułam różnicę pomiędzy tańcem a odezwaniem się do szerszej publiki. Pamiętam, jak podczas wydarzenia Przedsiębiorczej Kobiety w Auli Branickiego musiałam przemówić przed setkami dorosłych ludzi, którzy zapłacili za bilety i chcieli usłyszeć coś fajnego. Sama wizja powodowała, że blokował mi się głos. Wtedy wpadłam wraz z koleżanką na pomysł, żeby przygotować próbny tekst. Ćwiczyłyśmy go wiele razy, ale mimo to podczas wydarzenia spontanicznie zmieniałyśmy kwestie w scenariuszu. To doświadczenie dało mi naukę, jak dać sobie radę ze stresem, wystąpieniami publicznymi, jak mówić przed ludźmi nie popełniając istotnych błędów. Wspólnie dałyśmy radę!

Podczas ubiegania się o pracę, wspomniałaś w swoim CV o tym, że byłaś zrzeszona w szeregach fundacji? Jeśli tak – czy spotkałaś się z jakąś reakcją osób rekrutujących?

Za każdym razem wpisywałam swoje SF-owe doświadczenie do CV. Dzięki niemu, idąc na rozmowę rekrutacyjną, czułam się pewniej. Wiedziałam, że to atut, który chociaż trochę wyróżnia mnie wśród pozostałych studentów ubiegających się o stanowisko. Rekrutujący zawsze dopytywali o moją działalność. Czułam, że to dla nich duży plus. Sama też cieszyłam się, że o to pytali. Chętnie opowiadałam im o zadaniach, które wykonywałam i o stanowiskach, które obejmowałam. Zawsze wspominałam też o liczbach: na jaką skalę było wydarzenie, iloma osobami koordynowałam, jakim budżetem zarządzaliśmy.
Uważam, że taki wpis w CV czy na LinkedIn jest bardzo wartościowy. Doświadczenie w organizacji świadczy o naszej chęci rozwoju, determinacji, odpowiedzialności — co jest doceniane przez potencjalnych pracodawców.

Jak potoczyła się twoja kariera? Czym się zajmujesz?

Aktualnie zajmuję się tym, na czym głównie opiera się SF, czyli organizuję eventy. Na początku zajmowałam się marketingiem, social mediami. Lubiłam to. Jednak, w moim odczuciu, tworzenie imprez jest bardziej atrakcyjne i motywujące, dostarcza więcej emocji.
Moja ścieżka kariery zaczęła się w 2016 roku, na drugim roku studiów. Koleżanka z SF zaproponowała mi pracę przy konferencji dla lekarzy w Warszawie. Po zakończonym wydarzeniu osoba odpowiedzialna za marketing konferencji poleciła mnie organizatorom Fair Play Dance Camp, którzy tworzą największy festiwal taneczny w Europie.

Przy organizacji tego eventu pracowałam kolejne trzy miesiące. Potem zaczęłam trzeci rok studiów, na którym skupiłam się na pisaniu pracy magisterskiej. Po tym czasie rozpoczęłam swoją przygodę w agencji marketingowej, gdzie pracowałam półtora roku. Zajmowałam się edycją stron internetowych, social mediów, kontaktem z klientami. Jednak to wszystko było powiązane tylko z marketingiem. Nie wytrzymywałam siedzenia przy biurku od 8:00 do 16:00. Miałam za dużo energii i pomysłów, więc zrezygnowałam z tej posady. Wtedy stało się coś niespodziewanego. Półtora miesiąca po odejściu z firmy marketingowej, dostałam propozycję stałej pracy dla Fair Play Dance Camp jako manager projektu. Aktualnie, po godzinach pracy przy eventach, zajmuje się również prowadzeniem kilku stron w social mediach, ale jest to tylko poboczne zajęcie.

Czyli Twoim głównym zajęciem jest organizacja Fair Play Dance Camp. Może chcesz powiedzieć kilka słów o pracy przy tak dużym projekcie?
Jasne, z przyjemnością!
Fair Play Dance Camp to międzynarodowy event taneczny, w którym bierze udział ok. 1500 osób z całego świata. Na terenie kampusu AWF w Krakowie tworzymy miasteczko ze scenami, na których gościmy znakomitych tancerzy oraz choreografów. Choreografowie prowadzący warsztaty to często tancerze światowych gwiazd, np. Justina Biebera, J Lo, Beyonce, Justina Timberlake’a itp. Przez 10 dni odbywają się warsztaty, a każdego wieczora prowadzone są imprezy tematyczne. Zajmujemy się całą organizacją – włącznie z zapewnieniem noclegu oraz wyżywienia.

Przy tworzeniu całego projektu bierze udział około stu osób, ale w głównym zespole organizacyjnym jest nas pięcioro. Na co dzień pracujemy w formie zdalnej, ponieważ mieszkamy w różnych częściach Polski, jednak stale widzimy się na Skype, a raz na jakiś czas spotykamy się na żywo. Podczas festiwalu jesteśmy na miejscu i wspólnie dbamy o to, aby wszystko przebiegało pomyślnie. Oczywiście wtedy jest najwięcej pracy – śpimy bardzo krótko, pracujemy bardzo ciężko. Jednak satysfakcja, którą czujemy po udanym evencie, wszystko wynagradza. Uwielbiam swoją pracę, mimo że nie jest to łatwa branża – mamy wzloty i upadki, a te drugie mają miejsce najczęściej w najbardziej niespodziewanych momentach, najczęściej w nocy albo w ostatnim momencie przed realizacją.

Klucz do sukcesu to zgrany team! Razem radzimy sobie ze wszystkim 🙂

Jesteś zadowolona ze swojego „najlepszego okresu życia” – mam tutaj na myśli studia? Sądzisz, że wykorzystałaś ten czas najlepiej, jak mogłaś?

Dzięki uczestnictwu w SF BCC uważam, że świetnie wykorzystałam ten czas. Od momentu, w którym dołączyłam do zespołu, poczułam, że jestem na dobrej drodze. Samo studiowanie kierunku ekonomiczno-prawnego nie przygotowałoby mnie do zawodu. To połączenie zdobytej wiedzy wraz z SF-owym doświadczeniem pozwoliło mi zrozumieć, czego nie lubię robić, a czym chcę zająć się w przyszłości. Teraz jestem w punkcie, w którym nie żałuję niczego i nie zmieniłabym swojej pracy ani branży.

Co byś powiedziała studentom albo osobom wybierającym się niebawem na studia – z perspektywy osoby, która ma to już za sobą i prowadzi dorosłe życie?

Zachęcam ich, żeby próbowali wszystkiego. Niech idą do pracy, wstępują do organizacji. Nie powinni opierać życia studenckiego na zajęciach i imprezach. To nie o to chodzi. Trzeba jak najwięcej próbować, intensywnie szukać swojej ścieżki. Tak jak mówiłam – dopiero zrobienie czegoś więcej, pokazało mi, co chcę robić w przyszłości, a czego nie chcę. Studia powinny być drogą prób, eksperymentów, błędów i sukcesów.

Masz może motto, którym się kierujesz?

Gdy boję się czegoś zrobić, czuję się w czymś niepewnie, zawsze powtarzam sobie: „Dopóki nie spróbujesz, to się nie dowiesz, co z tego będzie”. W życiu przekonałam się, że warto ryzykować, próbować nowych rzeczy. Staram się myśleć pozytywnie, powtarzać sobie „dasz radę” i to działa!

Kończąc, bardzo ważne pytanie, jaka integracja utkwiła Ci najbardziej w pamięci i co się na niej działo?

Haha. Nie wchodząc w szczegóły – najlepsze imprezy były w Trześciance. Tego nie da się opisać. Piękne wspomnienia, wspaniali ludzie i świetna zabawa.

Wywiad przeprowadzili:

Magdalena Andrearczyk

Szymon Bieluczyk

Dominika Bańkowska – uwielbia tworzyć nowe rzeczy, upiększać stare, a wykorzystuje do tego to co tylko przyjdzie jej do głowy, dlatego właśnie stworzyła – pędzlem po koszulce, czyli miejsce gdzie realizuje pomysły klientów, jak również personalizuje wzory, a ostatnio również szyje. 

Co skłoniło Cię do założenia własnego biznesu oraz jak wyglądały Twoje początki?

Na pewno przyjaciele skłonili mnie do tego, abym zaczęła coś z tym robić, ponieważ wcześniej robiłam projekty jedynie dla znajomych i rodziny. Długo mnie przekonywali i w końcu namówili mnie i założyłam konto na instagramie. Koleżanka z podstawówki zobaczyła, że zaczęłam coś robić i wytłumaczyła mi trochę takie rzeczy jak statystyki. Po dwóch miesiącach znalazł mnie Maciej Niemyjski i zaczęliśmy współpracę. Później poznawał mnie z innymi osobami i zaczęło się to wszystko rozkręcać.

Skąd czerpiesz inspiracje na nowe projekty? 

Często przeglądam pinterest’a i coś mi wpadnie w oko, ale zazwyczaj to klienci przychodzą z indywidualnym projektem. Zdarza się też tak, że przychodzą klienci bez pomysłu na projekt i wtedy dopytuję co dana osoba lubi, czym się interesuje, jaka jest i wtedy razem coś wspólnie tworzymy.

Jakie nowe doświadczenia zyskałaś dzięki swojej pracy?

Na pewno nauczyłam się indywidualnego podejścia do klienta. Poznałam dzięki swojej pracy dużo osób i zobaczyłam, że sporo ludzi robi to co ja, a wcześniej nie byłam tego świadoma. Mam teraz znajomych w różnych zakątkach Polski i to właśnie dzięki mojej pracy.

Czy Twój tryb życia zmienił się po tym jak założyłaś swój biznes?

Jestem nocnym markiem, więc zazwyczaj pracę zaczynam o północy i później śpię do 11. Wcześniej robiłam koszulki tylko sobie, rodzinie i znajomym i miałam tego całą szafę, a teraz w sumie robię podobną ilość, ale już dla innych i na tym zarabiam.

Co sprawia Ci największą radość w Twojej pracy?

Największą radość sprawia mi pozytywna opinia na temat mojego projektu od klientów, kiedy dostają daną rzecz i piszą, że im się bardzo podoba lub wstawiają w danej rzeczy zdjęcie. 

Z jakiego projektu jesteś najbardziej dumna?

Z mojego ostatniego projektu. Jest to worko-plecak smok i było to indywidulne zamówienie i siedziałam nad nim dwa dni. Był to największy projekt jaki zrobiłam i jestem dumna, że mi wyszedł.

Jaka współpraca lub sytuacja związana z Twoją pracą zapadła Ci najbardziej w pamięci?

Miałam raz taką sytuację, kiedy komputer nie chciał mi się włączyć, a miałam na nim wszystkie projekty. Niestety nie zgrywałam tego za często na dysk i dużo rzeczy mi przepadło. A był to okres zamówień prezentów na dzień dziecka i dzień ojca, więc miałam sporo zamówień. Jednak ta sytuacja pokazała mi jak wspaniałych mam klientów, ponieważ byli bardzo wyrozumiali i podsyłali mi np. projekty, które zdążyłam wysłać wcześniej, abym mogła odtworzyć coś. Najgorszy okres to styczeń kiedy jest sesja, a są już zamówienia na dzień dziadka i babci, a później czerwiec, kiedy jest dzień dziecka i dzień ojca. Wtedy maluję dzień i noc i nadal brakuje czasu, a trzeba też się jeszcze trochę przygotować na egzaminy na uczelni. 

Jaki projekt cieszył się największym zainteresowaniem?

Do tej pory to na pewno projekt “ciocia tu była” z buziaczkami. Przynajmniej kilka razy w miesiącu mam zamówienie na ten projekt. Od wakacji zaczęłam też szyć i dużym zainteresowaniem cieszy się króliczek oraz lisek worko-plecak.

Jak dowiedziałaś się o SF BCC?

O organizacji dowiedziałam się od Maćka, który był w Waszej organizacji oraz od znajomej, która uczestniczyła w wydarzeniach przez Was organizowanych. W mojej rodzinie jest sporo osób, które interesują się Waszą organizacją, a szczególnie wydarzeniami, które organizujecie i są to nawet osoby po 40stce. 

Jak wspominasz współpracę z Przedsiębiorcza Kobieta Białystok? 

To była jedna z lepszych współprac jakie miałam. Do tej pory ludzie do mnie piszą i mówią, że są z polecenia Przedsiębiorczej Kobiety, albo że dowiedzieli się o mnie właśnie dzięki wydarzeniu PK. Nawet miesiąc temu miałam osobę, która odezwała się dzięki Przedsiębiorcza Kobieta, więc liczę na kolejna współpracę z PK.

Czy masz jakiś cel/marzenie związane z Twoją pracą?

Na tą chwilę jest dobrze jak jest, ponieważ jeszcze studiuję – bezpieczeństwo narodowe. Mam nadzieję, że po studiach jakoś fajnie się to wszystko rozkręci i będę mogła otworzyć np. swój sklep stacjonarny. Narazie myślałam o Białymstoku, ale pod uwagę również biorę Warszawę. 

Czy myślałaś, aby z czasem zacząć również zatrudniać ludzi?

Narazie nie, ale widzę, że moja siostra zaczyna się interesować szyciem i malowaniem. Na święta dostała maszynę, więc w przyszłości możliwe, że będziemy robić to razem. 

Czy uważasz, że łatwiej w tym momencie jest wybić się na instagramie niż założyć własną stronę internetową?

Jak masz środki finansowe to myślę, że strona internetowa. Ale jak ja zaczynałam od zera to instagram był najlepszym miejscem by zacząć i zdobyć klientów. Są osoby, które wolą kupić daną rzecz przez stronę internetową. Jednak większość pisze na facebook’u lub instagramie, ponieważ tam możemy popisać i stworzyć idealny projekt.

Czy pamiętasz swój pierwszy projekt, który ktoś zamówił?

Był to chłopak, który napisał do mnie na fanpage’u i poprosił o koszulkę na koncert. Byłam podekscytowana, ponieważ był to mój pierwszy klient. Miała być to szara koszulka i zaczęłam mu wysyłać różne odcienie szarości. On odpisał, że nie spodziewał się, że aż tak w to się zaangażuje.

Realizatorki wywiadu
(od prawej: Magdalena Łojko, Magdalena Jaroma i Dominika Bańkowska).

Wywiad przeprowadziły: Magdalena Łojko i Magdalena Jaroma.

Patryk Gniedziejko – spełniający się na wielu płaszczyznach mgr. inż. architektury krajobrazu. Aktualnie swoje działania skupił na trzech dziedzinach: architekturze krajobrazu, teatrze oraz sztuce, ale spełnia się również w innych dziedzinach 🙂  Zajmuje się także twórczymi działaniami na rzecz promocji polskiej kultury, sztuki i biznesu w Polsce. Reszty nie zdradzamy – sami zobaczcie dokąd prowadzi „zakręcona” droga Patryka.

Magdalena Jasiuk, Arleta Dąbrowska: W swoim obecnym życiu zawodowym łączysz wiele dziedzin? Jak Ci się to udaje?

Patryk Gniedziejko: Jeżeli chodzi o łączenie wielu rzeczy – tak jak w moim przypadku – nazywam to jednocześnie darem i przekleństwem. Mówi się czasami, że jeśli robi się wszystko, to nie robi się nic. Z drugiej strony multi-talent przydaje się w wielu kwestiach dotyczących zarówno życia prywatnego jak i biznesu. Dużo czasu wypracowywałem taki model działania interdyscyplinarnego, w którym łączę wszystkie umiejętności nabyte przez lata, począwszy od animacji przez konferansjerkę, aktorstwo, taniec, kolejno projektowanie grafiki i architekturę krajobrazu. Większość działa się jednocześnie i  miałem zagwostkę – nie mogłem  zdecydować się na jedną sferę, bo odnajdywałem się… we wszystkim:). Pomimo niezliczonych pokładów energii jedynym problemem był niedostatek czasu by to wszystko robić!  Dochodziły jeszcze dodatkowe zajęcia i teraz wiem, że brak czasu jest pojęciem względnym. Jeżeli się chce to tak naprawdę można go wygospodarować.

Uświadomiłem sobie paradoks, że im więcej masz rzeczy na głowie, tym więcej masz czasu. Tak było w przeciągu ostatnich kilku lat. Obecnie  skupiłem się na 3 sektorach: architekturze krajobrazu, teatrze i sztuce, a te trzy dziedziny zazębiają się, bo w każdej z nich robię rzeczy twórcze, co mnie bardzo napędza i karmi. Miałem też styczność z działaniami odtwórczymi, powtarzalnymi i było to męczące, krótko mówiąc – nie moje. Z kolei z działaniami twórczymi jest tak, że mogą się udać albo nie i wiele razy nie udało mi się czegoś zrobić tak, jak bym chciał. Moim zdaniem kluczowym jest to, aby się nie poddawać. Każdy ma słabszy czas i wtedy warto sobie powiedzieć, że to jest chwilowe, że jest się dobrym w tym, co się robi, a obecny czas należy świadomie zrozumieć i zaakceptować. Niedługo się z niego wyjdzie i wejdzie w dobry tryb. Zawsze sobie tak mówię, no i jadę dalej! 

M.J., A.D.: Czy masz rady dla osób, które podobnie cieszą się wieloma dziedzinami a trudno jest im zdecydować czym konkretnie się zająć? Jak to zrobić by na wszystko starczało energii i czasu?

P.G.: Jeśli chodzi o czas, to na wszystko mi nie starcza czasu, obecnie podczas kwarantanny uczę się montować filmy i tworzyć muzykę. W każdym razie na wszystko się nie ma czasu. Pojęcie “wszystko” jest tutaj bardzo względne. Należy na pewno swoje zajęcia usystematyzować – w moim przypadku wykonuję to metodą prób i błędów. Teraz planuję sobie działania godzinowo i oczywiście czasem coś wypada, jednak bardzo mi to pomaga, by zrobić te rzeczy, które zrobić CHCĘ. 

Odnośnie energii zauważyłem zależność, że im więcej czasu spędzam przed komputerem, np. robię projekty, to tym bardziej jestem zmęczony, zaś im więcej jeżdżę, prowadzę imprez, jestem wśród ludzi, tym to zmęczenie jest mniejsze. I nie chodzi o zmęczenie fizyczne, raczej o pewien program w głowie i naturalne “zasiedzenie”, które w kompilacji obniżają naszą produktywność. Abstrahując trochę od tematu – zauważyłem też, że jeżeli mamy do czynienia z ludźmi, którzy osłabiają nam energię to i my porównywalnie tę energię oddajemy – równie słabą. Dlatego najlepiej przebywać w gronie osób pozytywnych, które nie zabiorą energii i czasu, tylko dodadzą skrzydeł – to świadome osoby.

Wiem, że są osoby “mniej pozytywne” z równie mniej pozytywnymi emocjami i nad takim oddziaływaniem emocji możemy zapanować, pojawia się wtedy hasło “inteligencja emocjonalna” – warto się tym zainteresować! Jeżeli współpracuję z nadąsaną osobą to mam świadomość, że jej humor jest jej aktualnym stanem, zaś moim zadaniem jest dać całą swoją energię na realizację moich zadań i nie przejmować się gorszym nastrojem mojego współpracownika czy klienta. A mam do czynienia z różnymi ludźmi np. na masowych imprezach, które prowadziłem pojawiał się szeroko pojęty hejt, bluzgi, “dąsanie” i teraz mam świadomość, że było to tak zewnętrzne, że nie warto tego do siebie przyjmować, bo wtedy energia osiada. Dopiero niedawno nauczyłem się oddzielać energię czyjąś od swojej i to daje mi poczucie wolności.

Kiedyś bałem się, że  organizatorzy imprez, na których byłem konferansjerem są wymagający, ale jednocześnie chyba dobrze się sprawdzałem wrzucony na głęboką wodę. Z czasem postanowiłem, że niezależnie czy organizator jest “dobry czy zły”, wymagający czy niewymagający, ja i tak będę robił wszystko na 100 %.  To są bardzo dobre lekcje żeby nauczyć się kontaktu i współpracy z klientem, a także wychodzenia z trudnych sytuacji.  Każdy taki zły dzień należy obrócić na druga stronę, np. jeśli nie dopisywała mi publiczność to obracam kota ogonem i mówię sobie, że to była dobra lekcja żeby zmienić podejście do odbiorców. Dzięki temu z biegiem czasu nauczyłem się żeby traktować porażki jak lekcje, a nie jak “życiowe dramy”. Jeszcze rok temu musiałem zakończyć wszystko czego dokonałem i obrócić swoje życie o 180 stopni wraz z przeprowadzką do innego miasta.

Początkowe myśli były skierowane w stronę porażki, a z czasem zobaczyłem, że to była lekcja i dzięki tamtej sytuacji zyskałem i rozwinąłem się w kilku sferach. 

M.J., A.D.: Czy masz tu na myśli sferę artystyczną, czyli obrazy emocji?

P.G.: Dokładnie, rozwinąłem się na płaszczyźnie sztuki. Znalazłem niszę, która pozwoliła wydobyć „mnie z siebie”. To jest wynikowa emocji, które towarzyszyły mi podczas niemiłych i miłych wydarzeń, które działy się w moim życiu. Zapoczątkowało to chęć dawania czegoś od siebie i tym sposobem zacząłem tworzyć, szukać, eksperymentować, żeby w efekcie finalnym stworzyć coś, czego nie ma. Uważam, że tego typu twórczości jako abstrakcji jest pełno, jednak tej techniki i tego charakteru pracy nie ma, i dowodzą temu znawcy sztuki oraz ci, którzy kupują moje obrazy. Dostałem informacje, że nie widzieli wcześniej takich obrazów i że są krótko mówiąc “prestiżowe”. Takie opinie dodały mi jeszcze więcej motywacji i pewności, że to jest dobry kierunek. Za sztuką zwykle stoi historia i emocje, tak jak u mnie 🙂

M.J., A.D.: Jak wpadłeś na pomysł, aby zająć się tworzeniem obrazów emocji?

https://sfbcc.org.pl/wszechstronnosc-to-jego-drugie-imie/P.G.: Po powrocie do Białegostoku, byłem świadomy, że moje życie kompletnie się zmienia. Wtedy zastanawiałem się w czym się sprawdzę, i co mam dostępne wokół siebie, aby zacząć tworzyć. Obrazy są wynikową studiów i mojego podejścia do życia. Postanowiłem, że te obrazy nie będą dosłowne, nie będą geometryczne i będą wychodziły totalnie ze mnie. Dlatego są abstrakcyjne, organiczne, a możliwość ich interpretacji jest mnoga. Moje prace mają zwolenników oraz przeciwników, jak we wszystkim i bardzo cieszę się z tego powodu. Nie jest to twórczość dedykowana wszystkim. W grupach skierowanych do znawców sztuki, a także tych, na których ludzie szukają pomysłów na urządzenie mieszkania. Ludzie komentują moje posty z obrazami, odzywają się i kupują. A ja siedząc na krześle jestem jednocześnie logistykiem, handlowcem, artystą i sekretarzem, czyli robotem wielofunkcyjnym. Jednak to wiele mnie uczy jak powinienem sprzedawać, jak się kontaktować z ludźmi i współpracować.

M.J., A.D.: Opowiedziałeś o tworzeniu obrazów, czy w takim razie Twoje studia związane były ze sztuką?

P.G.: Tak, związane, jednak ta “sztuka” była bardziej inżynierska. Studiowałem architekturę krajobrazu. Architektura w przeciwieństwie do moich abstrakcyjnych obrazów – co najważniejsze w moim odczuciu – jest równa, wyważona, dosłowna. Krajobraz już taki nie jest 😉

M.J., A.D.: Opowiedz o swojej przygodzie z architekturą krajobrazu. Z tego co wcześniej wspominałeś jest to także jeden z głównych obszarów, którymi się teraz zajmujesz.

P.G.: Na studiach byłem “zarobiony” i to ostro, bardzo lubiłem się uczyć. Jestem też perfekcjonistą, więc moje projekty po prostu musiały być dopracowane. To też zaowocowało ukończeniem studiów z najlepszym wynikiem na wydziale (sam byłem w szoku :P). Dlatego też moje projekty, które wychodzą do klientów są “odpicowane”. Jednak kontaktu z klientem ciągle się uczę i tak jak wcześniej mówiłem o energii przepływającej między ludźmi, w zależności od tego z jakim klientem mam kontakt, czy będzie on chętny do współpracy czy raczej wiecznie narzekający, to będzie też wpływało na owoc naszej współpracy. Nie jestem idealny w tym co robię, bo nikt nie jest; stale się uczę i poznaję coraz to nowszą problematykę. Natomiast wierzę, że upór i prawdziwość wychodzące z pasji są najlepszą drogą.

M.J., A.D.: Zajmujesz się także teatrem…

P.G.: Za czasów studiów jeździłem z teatrem wystawiając spektakle w całej Polsce. Bardzo mi się to podobało, bo po pierwsze oznaczało podróże, po drugie scena, po trzecie ludzie i niezapomniane emocje. To wszystko razem wzięte bardzo uskrzydlało. Potem jednak miałem przerwę, ponieważ w  pewnym momencie zorientowałem się, że chcę pracować w swoim zawodzie. Przecież w tym celu poszedłem na studia, by zostać architektem krajobrazu. Bądź co bądź, teatr mi cały czas towarzyszył, był nawet teatr tańca! Razem z przyjaciółką tworzymy teatr, który niedługo będzie mógł dać wydźwięk poprzez spektakle w oparciu o autorską technikę nauczania i edukację medialną. Jest to póki co top secret :). Scenariusze są stworzone, stroje są szyte, więc praca wre!

Schemat działania będzie podobny do tego, który stosowałem w studiu telewizyjnym dla dzieciaków i młodzieży w Warszawie, czyli opierający się o edukację medialną. Uczestnicy przyjeżdżali do studia w centrum Warszawy, poznawali pracę w studiu i uczestniczyli w moich autorskich teleturniejach. To był bardzo intensywny czas, co z kolei przełożyło się na moją energię, finanse i na kreatywne myślenie! To mi pomogło stworzyć scenariusze do przyszłych spektakli, które zahaczają o współczesne problemy zaistniałe w środowisku dzieci i młodzieży.

M.J., A.D.: Genialny pomysł! Czy przez zajęcia, które prowadziłeś zyskałeś aprobatę odbiorców? Skąd czerpałeś inspiracje? Może opowiesz, o czym dokładnie były te zajęcia?

P.G.: Pewnie! Podobały się nie tylko dzieciom, młodzieży, ale także nauczycielom. Do dzisiaj dostaję wiadomości czy przeprowadzę podobne zajęcia, więc widać, że było to potrzebne. Miały one zróżnicowaną tematykę, m.in.: mowa werbalna i niewerbalna ciała, jak odpowiadać na trudne pytania, jak nagrywać siebie przez telefon, jak udzielać poprawnie wywiadu i jak się eksponować się w kamerze. Uważam, że to były ambitne zajęcia, z których wiedzę i praktykę wykorzystają dziś i w przyszłości. Rozmawiając ze znajomymi, artystami, nauczycielami widziałem problemy, z jakimi dzieci mają do czynienia i to właśnie one mnie zainspirowały. Przykładowo podczas obecnej sytuacji młodzież korzysta z patologicznych grup na fb, gdzie palą jointy. Automatycznie pojawiało się pytanie: jak temu zaradzić? Co można by było z nimi ciekawego zrobić, żeby nie marnowali czasu na takie rzeczy, które negatywnie odbiją się na nich w przyszłości?  Tutaj kłaniają się profilaktyczne działania i te uderzające w zaistniałe zjawisko…

M.J., A.D.: Jak sądzisz – jak odkryć w sobie to coś, co będzie interesujące dla innych?

P.G.: Myślę, że należy zapamiętywać niuanse z życia, w których ludzie zauważali w Tobie coś, w czym jesteś dobry, ponadprzeciętny. Jak teraz pomyślę, dlaczego coraz bardziej dążyłem w stronę prowadzenia imprez jako konferansjer, to dlatego, że ludzie zaczynali mnie zauważać. Mam na myśli moich pracodawców, ale i znajomych, przyjaciół, widzów. To mnie uskrzydlało. Kiedyś mnie chwalono, że umiem dobrze tańczyć, więc poszedłem na casting do spektaklu tanecznego i byłem na ok. 40 osób na sali jedynym chłopakiem. Byłem pewny, że spalę się ze wstydu! Do tego prowadząca cały czas zwracała się do mnie np. rodzynek – dając mi powody do niepokoju. Z tych 40 osób zostało wybranych osiem, w tym ja.

Zrobiliśmy spektakl taneczny, który wystawiliśmy kilka razy, a następnie wywiązała się z tego grupa – teatr tańca. Jednak niedługo potem rozpadła się, a ja czułem niedosyt. Poszedłem więc w Warszawie na kurs instruktora tańca prowadzony przez Egurrola Dance Studio i Polski Związek Sportu. To był 14-dniowy wycisk! Jak sobie przypomnę to mam ból wszystkiego! Jednak nie żałuję! Tak mi się to spodobało, że zacząłem prowadzić zajęcia taneczne w Warszawie i obecnie czasem także w Białymstoku. Myślę, a wręcz jestem przekonany, że trzeba być odważnym i twardo dążyć do swojego przy jednoczesnym zachowaniu empatii i prawdziwości!

jednak

M.J., A.D.: Teraz przejdę do pytań odnośnie Twojego działania w Studenckim Forum Business Centre Club. Dlaczego dołączyłeś do właśnie tej organizacji i kiedy to było?

P.G.: Był rok 2015 i u mnie naturalnym było parcie na rozwój, które cały czas mi towarzyszy, a to, że dołączyłem było wynikową dwóch rzeczy. Pierwsza – widziałem post w internecie, a druga, że kolega także dołączył do SFu i powiedział mi o tej organizacji. Ja zacząłem się bardziej interesować tym tematem, rozwojem i uznałem, że to jest miejsce dla mnie. Wtedy zostałem przyjęty do działu IT. Uważałem, że będzie to świetne miejsce, bo zajmowałem się grafiką i w tym kierunku chciałem się rozwijać. Pamiętam, że działałem w projekcie Business Junior, gdzie uczyliśmy dzieci w szkołach o oszczędnościach, osiąganiu sukcesu.

M.J., A.D.: Czy działanie w SF BCC dało Ci coś z perspektywy czasu? Jeżeli tak, to co to było?

P.G.: Uwaga, bardzo ważne zdanie, do zapamiętania: wszystko jest po coś! To, że działałem w SFie dało mi możliwość  pracy w interdyscyplinarnym zespole, w którym wszyscy się angażują. W SF BCC każdy jest odpowiedzialny za coś, jak w profesjonalnej firmie, ja byłem jedną z części tej maszyny. Wystarczyło, abym to ja zaniedbał swoje obowiązki i zaczęłoby się psuć wszystko. Jeżeli wszyscy zgodnie działają to działa cała maszyna. Dzięki SFowi nauczyłem się obowiązkowości, odpowiedzialności i jakości działania. Przebywając w organizacji obserwowałem innych członków, ich ubiór, zachowania, sposób prezentacji, jakość mowy. To wyrobiło mi charakter profesjonalizmu, który stosuje obecnie w kontaktach biznesowych. 

M.J., A.D.: Co powiedziałbyś studentowi, który zastanawia się czy dołączyć do SF BCC?

P.G.: Powiedziałbym krótko – warto jest dołączyć! Im więcej robimy w kierunku rozwoju, tym lepiej. Jak się rozwijasz, mito nie stoisz. Nie dość, że przebywasz wśród ambitnych osób, które chcą także od życia czegoś więcej to nabywasz nowe umiejętności. Pokonujesz różne poprzeczki, m. in. w autoprezentacji, prezentacji danej rzeczy, w pokonywaniu słabości, wygospodarowaniu czasu na…. Ponadto myślę, że SF to takie studia, tylko wersja przyspieszona i bardziej praktyczna. Dlatego warto!

M.J., A.D.: Czy przez działanie w SF BCC udało Ci się stworzyć sieć kontaktów, z której korzystałeś? Czy też korzystasz z nich obecnie?

P.G.: Dzięki temu, że w SF BCC było ok. 15 osób i razem działaliśmy to teraz polecamy siebie wzajemnie na płaszczyźnie online. Co więcej dzięki pozyskiwaniu sponsorów kilka osób prowadzących firmy do dziś znają mnie jako konferansjera i zapraszają mnie do prowadzenia imprez. W biznesie najważniejsze są relacje, w życiu też – to w jaki sposób budujemy kontakty z naszymi potencjalnymi klientami albo współpracownikami. Jeżeli mega człowieczo do tych osób podchodzisz to i oni tacy będą. Jaką energię dajesz z siebie, taką będziesz otrzymywać. Karma!

M.J., A.D.: Czy masz jakąś radę dla naszych czytelników?

P.G.: Tak, warto trzymać się ludzi, którzy ciągną Cię do góry! Jest wielu „narzekaczy”, którzy nie widzą rozwiązań, widzą zagrożenia, a nie szanse! Jest wiele osób, które ciągną Cię w dół. Często to bliskie nam osoby, robiąc to w sposób świadomy i nieświadomy. Istotnym jest by taki kontakt zminimalizować albo uświadomić tym osobom, że za dużo jest narzekania. Ludzie mówiąc takie rzeczy jednak wciągają cię w nie, a mózg sam się programuje: jest źle, jest źle. Nawet dzisiejsza sytuacja z koronawirusem w wielu osobach potęguje uczucie kryzysu, depresji. Zaś inni ludzie szukają w tym rozwiązań na polepszenie swojej sytuacji i otoczenia. Podobnie działa  środowisko SF BCC!

Zapraszamy do polubienia fanpage obrazów!

https://www.facebook.com/Coloresin-by-Patryk-104242940939265/

Zapraszamy również do odwiedzenia strony www – jest tam dużo obrazków ;)!

www.patrykgniedziejko.pl